WALKA Z RAJSTOPAMI, CZYLI CIUCHOWY ANTYRANKING

Wkraczamy (właściwie już wkroczyłyśmy, przynajmniej jedną nogą) w najgorszą fazę pór roku: fazę mieszaną. Już nie lato, jeszcze nie pełna jesień, czasem cieplej, czasem zimniej – mieszanka. Taka pogodowa świnka morska: ni to świnka, ni to morska i nie wiadomo, jak ją ogarnąć. Nie żebym miała coś przeciwko świnkom morskim, mieszkam z jedną. Ale przeciwko pogodowej śwince morskiej jednak trochę mam. Z powodu ciuchów.

Z babskimi ciuchami jest tak, że każda pora roku ma swoich pechowych, perfidnych i denerwujących przedstawicieli. W czasie konkretnie wiosny, lata, jesieni czy zimy jeszcze pół biedy – poza tymi paskudami z szafy wyciąga się też ciuchy człowiekowi życzliwe, więc bilans nie jest taki zły. Niestety w okresie miksu pogodowego trzeba sięgnąć po ubrania przynależne dwóm porom roku (a czasem, o zgrozo, nawet trzem! Z miksem czterech pór jeszcze się nie spotkałam, ale jestem gotowa uwierzyć i w taki pech).

Co się dzieje, gdy w porze przejściowej między dwiema (załóżmy litościwie, że tylko dwiema) porami roku wyciągamy z szafy ciuchy należące do jednej i drugiej? Oczywiście wzrasta obecność ciuchów wrogich i możliwość ich wykorzystania. Bardzo wzrasta.

Czym są ciuchy wrogie człowiekowi? To wszelkiego rodzaju ciuchy, które sprawiają problem, psują wygląd, wywołują dyskomfort lub w jakikolwiek sposób sprawiają, że masz ochotę je z siebie zerwać – nie w celu bezpośredniego kontaktu nagłego ciała z dziką przyrodą, zażycia nieopisanych rozkoszy fizycznych czy wywołania u wszystkich wokół kompleksów swą boską skórą i figurą, tylko dlatego, że zwyczajnie szlag Cię w tym ubraniu trafia i jeszcze dziesięć sekund, a oszalejesz, zaczniesz wyć, zamordujesz lub wszystko naraz.

Kobiece ciuchy mają znacznie większą liczbę egzemplarzy wrogich niż męskie, dlatego skupię się na nich. Zresztą – jestem kobietą, a to jest „Kobieca Sprawa”, więc z całym szacunkiem i współczuciem, panowie, co mnie obchodzi Wasz przekrzywiony krawat, gdy mnie rajstopy spadają z tyłka? I to spadają wcale nie dlatego, że panowie tacy przystojni, a sytuacja taka klimatyczna, tylko dlatego, że jakość rajstop jest właśnie do… ba, nawet nie do rzeczonego tyłka!

Z upływem lat i zmianami stylu namnożyło się moich garderobowych wrogów. Z długiej listy „ciuchów do zabicia, a nie do noszenia” przedstawię Wam kilka szczególnie wiernych typów – taki osobisty antyranking. Może znacie, może też miałyście nieprzyjemność. Może nie znacie, może będziecie mieć na uwadze, by się z nimi nie zadawać. A może – nieśmiało wierzę i w taką możliwość – znacie inne egzemplarze po resocjalizacji lub z lepszym charakterem, z którymi ja bym mogła nawiązać znajomość bardziej udaną niż z tymi tam, parszywkami.

Miejsce dziesiąte: sukienki do ziemi z guzikami od góry do dołu
Sukienki do ziemi i sukienki z guzikami osobno bywają problematyczne, w połączeniu zaś to gwarantowany kłopot. Raz, że długo się zakłada. Dwa, że guziki bywają różne: a to się odepną (w momencie i miejscu niezbyt stosownym), a to się urwą (jeszcze gorzej), a to będą pokazywać kawałek ciała (zwykle akurat nie ten najapetyczniejszy, tylko ten, który się chciało zamaskować). Największy jednak problem pojawia się w łazience: idziesz do ubikacji i… i co? Podkasać taką długą kieckę i trzymać fałdy w czułych objęciach niczym ukochane dziecko albo wygrany milion? Zarzucić sobie na plecy, ramiona i głowę? Okręcić wokół siebie i zawiązać w pasie? I tak się zsunie albo rozwiąże, a jak nie, to paskudnie pogniecie. Pozostaje zdjęcie jej na czas korzystania z toalety. Rozpinanie wszystkich guzików, szukanie miejsca i sposobu zawieszenia, by nie zalegała na podłodze (niech Cię nie zmyli złudnie pocieszająca obecność haczyka, albo będzie za mały, albo źle zamocowany, albo właśnie ma przerwę obiadową i niczego nie trzyma), zapinanie (oby wszystkich) guzików z powrotem – i z jednej chwili robi się kilka. A sukienka pogniotła się i tak.

Miejsce dziewiąte: rajstopowe skarpetki
Tu krótko, bo i one są krótkie. Te pod kolano ucisną lepiej niż opaska uciskowa – mogą się wynajmować do pomocy w pobieraniu krwi oraz w tamowaniu krwotoków. Te krótkie za to zsuną się tak, by pod nogawkami spodni utworzyć staruszkowate stopowe obwarzanki. Poza tym lubią się mechacić, za to nie lubią stóp.

Miejsce ósme: swetry, które gryzą
Wszystkie ciuchy, które gryzą, są złe, ale gryzące swetry są złe do kwadratu. Gryzą oczywiście na nagim ciele, więc albo wkładasz podkoszulkę i się pocisz, bo jest za ciepło, albo nosisz bezpośrednio na skórze i drapiesz się, poprawiasz i wściekasz. Co najdziwniejsze, niektóre swetry potrafią ukryć swój zgryźliwy charakter podczas przymierzania w sklepie i w pierwszych chwilach noszenia, póki jesteś w domu. Odbijają to sobie, gdy już je kupisz albo wyjdziesz z nich do pracy. Być może są nieco sceptycznie nastawione do współczesnego poziomu duchowości ludzkiej i uznają, że skoro mało kogo gryzie dziś sumienie, to one muszą pogryźć w zastępstwie.

A być może po prostu są wredne. Ewentualnie głodne.

Miejsce siódme: szpilki
Kocham szpilki. Wręcz wyznaję szpilki. Ale to mi nie przeszkadza widzieć, że niektóre szpilki mają paskudną osobowość. Lubią grzęznąć w szparach płyt chodnikowych. Lubią gubić fleki na ulicznych wybojach i stukać potem perfidnie metalowym kołkiem. Lubią zsuwać się ze stopy, gdy podbiegasz gdzieś albo na oczach gromady ludzi podchodzisz do mównicy lub przechodzisz holem i powtarzasz w myślach nieskuteczną mantrę: „Oby się tylko nie potknąć, nie zachwiać, nie zgubić buta”. No, powodzenia.

Miejsce szóste: mini
Sukienki i spódnice mini mają jedną wielką wadę (poza wadami naszych figur): lubią podjeżdżać w sposób niekontrolowany, a z racji swojej krótkości mają to zadanie bardzo ułatwione. Obciąganie spódnicy, gdy się siedzi albo kombinowanie, jak tu się pochylić czy kucnąć bez zaznajamiania całego świata (lub przynajmniej otoczenia) z kolorem swoich majtek bywa naprawdę irytujące. Co gorsza, takie problemy wywołują nie tylko klasyczne mini, lecz również nie aż tak miniowate krótkie sukienki i spódnice, które z całych sił próbują dorównać swoim bardziej krewnym.

Miejsce piąte: kapelusze, czapki, berety
O kapeluszach i ich paskudnym osobowościowym obliczu już kiedyś pisałam. Wspólne z czapkami i beretami mają dwie cechy: 1) psucie fryzury tak bardzo, jak tylko się da, a nawet trochę tak, jak się nie da; 2) układanie się w sposób zły, idiotyczny albo niewygodny, zwykle właśnie wtedy, gdy nie możesz nic poprawić, bo a) nie masz lustra; b) nie masz wolnych rąk; c) niezbyt Ci w tej chwili wypada; d) podejrzewasz, co w tej chwili masz na głowie zamiast przyzwoicie uczesanych włosów, więc z dwojga złego wolisz już prezentować głupio przekrzywioną czapkę lub kretyńsko klapnięty jak naleśnik beret niż strusie gniazdo z kudłów.

Miejsce czwarte: staniki
Stanik w gruncie rzeczy ma raczej małe pole działania, więc z racji ograniczeń postanowił doprowadzić do perfekcji jedną rzecz, na zasadzie: nie ilość, a jakość. Jego specjalnością jest rozpinanie się na plecach – na wzór kapeluszy i czapek – właśnie wtedy, gdy nie masz szans zapiąć go dyskretnie i skutecznie. Znacie to doprowadzające do szewskiej pasji uczucie, gdy dotąd przyzwoicie obejmujący ciało stanik nagle się rozpina i naraz na plecach i z boków czuć taki nieproszony, niechciany i nieprzyjemny luzik? Dziewięć na dziesięć kobiet ma wtedy uczucie, że się publicznie obnażyła, chociaż zwykle ludzie wokół niczego nie zauważają. A u tej dziesiątej, której szlag nie trafił, akurat zauważą.

Stanik, który nie opanował jeszcze sztuki rozpinania zapięcia na plecach, w ramach ćwiczeń sabotażowych odpina ramiączka (w czym pomaga mu przemysł bieliźniany, produkując obecnie niemal wyłącznie egzemplarze z odczepianymi ramiączkami). Taki stanik to stanik przed obroną dyplomu z samorozpinania się. Do staników dobrze się samorozpinających możecie mówić: staniku magistrze.
O stanikach z doktoratem z samorozpinania się aż boję się myśleć…

Miejsce trzecie: majtki
O stringach w ogóle nie będę mówić – stringi to wymysł szatana, mizogina albo przynajmniej strasznego skąpiradła, któremu szkoda było nieco większej ilości materiału na damski zadek. Że stringi mają charakter parszywy, fałszywy i niereformowalny, nie trzeba udowadniać – wystarczy je założyć.

Niestety taki charakter miewają też gacie, którym do stringów daleko. Niektóre podejmują skryte działania z rajstopami i wraz z nimi ześlizgują się z miejsca, na którym powinny się ładnie trzymać. Inne wpijają się w niewłaściwe punkty ciała i tworzą boczki, mufinki albo podobne nieapetyczne kształty pod ubraniem. Pewne egzemplarze marzą o wspinaczce i każą się podciągać na brzuch, na żołądek, a najchętniej to na biust i pod szyję. Kolejne przy przymierzaniu udają właściwy rozmiar, by zaraz po zakupie skurczyć się z całych sił, tak jakby były przeznaczone dla sześciolatki, albo rozciągnąć się tak, że mogłabyś w nich nosić dynię. I nie da nic narzekanie „Przecież przymierzałam i leżały dobrze!”, albo będziesz się w nie wciskać i kląć, albo nosić je na szelkach i też kląć, albo wciskać na dno szuflady i – no, zgadnij – również kląć. Albo raz zagrasz twardzielkę, powiesz głośno: „To schrzaniony zakup” i ciśniesz je do śmietnika, zapewniając sobie tym czynem pięć minut kaca moralnego i pięć dni satysfakcji z własnej sprawczości. Ale to ostatnie działanie, niestety, przychodzi nam zwykle z takim trudem…

Miejsce drugie: dopasowane sukienki
Wróg Twojego dobrego samopoczucia, złośliwiec stosowany i zdradziecki wygadywacz niechcianej prawdy. Przybył Ci ostatnio kilogram lub dwa, bo stres w pracy, spadek ciśnienia i parę czekolad lub ciastek aż się prosiło o zjedzenie? Nie zdążyłaś przed początkiem lata zrobić wielkiego remanentu żywieniowo-ćwiczeniowego i jeszcze nie spaliłaś zimowego tłuszczyku, który tak dobrze chronił przed mrozem? Zjadłaś porządny obiad i nie zdążyłaś go strawić w pięć sekund? Cokolwiek się dzieje, wiedz jedno: dopasowane sukienki zaraz to wszystkim rozgadają! Nieważne, jak szybko będziesz szła, biegła czy jechała (by w domu przebrać się w coś mniej złośliwo-gadatliwego), Twoja własna dopasowana sukienka zawsze Cię dogoni. A nawet przegoni. Obgada twarzą w twarz, za plecami, na bokach i jeszcze w paru miejscach, jeśli tylko żadne torebki, płaszcze czy szale nie zasłonią.

Myślę o swoich dopasowanych sukienkach, gdy zjadam całą czekoladę na jednym posiedzeniu. Bardzo nieżyczliwie o nich myślę. Znowu, zdrajczynie jedne, wszystkim o tej czekoladzie rozklepią…

Zwycięzcy, czyli miejsce pierwsze: rajstopy
Absolutne miejsce pierwsze. Mistrzowie antydekoracji, managerowie zarządzania popsutym wizerunkiem, fanatyczni wyznawcy grawitacji. Akrobaci o niesamowitym potencjale: przy zakładaniu ułożą się tak, że będziesz musiała dziesięć razy zaczynać od nowa; przy naciąganiu skręcą się tak, że wykręcą Ci połowę nogi; w razie potrzeby puszczą oczko, a jak będzie za mało, polecą wielką dziurą od palców po udo; jeśli akurat będą miały lepszy humor, to tylko się zaciągną, ale tak, by było to widać; dodatek w postaci smętnie zwisającej zaciągniętej nitki mile widziany. W zimie nie dogrzewają, w lecie przegrzewają (cały czas mówimy o cienkich). Są złośliwe i lubią wystawać tak zwaną „częścią majtkową” spod spódnic / sukienek oraz sięgać górną częścią ponad pas, najlepiej do żołądka, by czy to na siedząco, czy to na stojąco uciskać go niemiłosiernie. Jeśli są Twoją ostatnią czystą i całą parą w dniu, gdy masz ważne spotkanie, mało czasu i żadnego zastępnika ani sklepu pod ręką – puszczenie oczka (oczyska!) gwarantowane. Oczywiście dopiero po tym, gdy już się nagimnastykujesz z zakładaniem, przekręcaniem i odrolowywaniem. Co wredniejsze egzemplarze poczekają do chwili, gdy staniesz przed kontrahentem / idealna randką / wielką publicznością. A potem już nie ma zmiłuj.

Jeśli to jeszcze dla Ciebie za mało, posuną się do ostateczności: zrolują się, tworząc paskudny wałek w pasie (jeśli sukienka przylega do ciała, z radością zrolują się jeszcze bardziej), a następnie nieco zsuną, tak byś miała krok gdzieś w okolicy połowy uda.

Inne propozycje do antyrankingu? Chętnie poznam cudzych ciuchowych wrogów, może trochę mnie to pocieszy podczas porannych walk z rajstopami…

Autorka: Barbara Popiel

Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.