WE WRZEŚNIU DOPADA MNIE SZKOLNY SENTYMENT (I ZESZYTY)

Gdzieś tak od połowy sierpnia sklepy opanowuje klimat „nadchodzi nowy rok szkolny”. Jestem na ten klimat ogromnie wyczulona; wychwytuję jego słabe zapachy bardzo wcześnie, jeszcze zanim zapach właściwy rozleje się po całej Biedronce, Stokrotce czy innym Oszołomie. Węszę za tą wonią, wypatruję jej, nasłuchuję jej kroków (jak synestezja, to synestezja!); a gdy wreszcie nadejdzie – zanurzam się w niej całkowicie.

Nie mam dzieci. Może dlatego moje zanurzenie się jest tak kompletne? A może dlatego, że zawsze lubiłam szkołę? Naprawdę. Po części pewnie też z powodu prywatnego zboczenia – wielkiej namiętności do wszelkiego rodzaju materiałów biurowych, szczególnie do zeszytów. Jak zaś wiadomo, nowy rok szkolny to moment, gdy zeszyty są królami świata.

Pod koniec września w sklepach widzę ruch: rodzice (zwłaszcza matki) z dziećmi, tuziny rąk wyciągających się po długopisy, linijki, piórniki, zeszyty… również moje zeszyty, więc te, które mnie oczarowują, szybko porywam sprzed nosa innych dzieciaków. W okresie przedszkołowego klimatu ja również staję się dzieckiem.

Pierwszy dzień roku szkolnego! Czy nie zazdrościcie czasem mijającym Was wówczas dzieciom? Bo ja bardzo (i kto wie, czy nie w ramach małej zemsty za tę zazdrość tak wytrwale zabieram najładniejsze zeszyty. Dzieciaki mają szkołę, więc i tak wystarczy im szczęścia. A przynajmniej powinno).

Gdy myślę o swoich dawnych pierwszych dniach w każdym nowym roku szkolnym, przypominam sobie przede wszystkim pełne podniecenia oczekiwanie. Choć to może śmiesznie zabrzmieć, jako dziecko uwielbiałam szkołę. Jako nastolatka – w gruncie rzeczy też. Jasne, nie cierpiałam porannego wstawania, nie lubiłam pewnych przedmiotów, nie znosiłam niektórych nauczycieli (na przykład pani od biologii, która powiedziała, że jakiś tam nefron w nerce to nam będzie przez całe życie potrzebny, ale wiedzieć, kto był królem Polski i kiedy żył – to zupełnie zbędne… spuśćmy na to zasłonę milczenia, nie będę się mścić po latach. PS Chodziłam do LO numer III w Szczecinie. PPS Maturę zdawałam w 2004 roku. PPPS Nazwiska biologicy nie podam, to byłoby już zbyt wredne, nawet jak na mnie). Oczywiście, wściekałam się, że muszę wkuwać głupoty (nefron… powstawanie moczu pierwotnego i wtórnego… ślepa mapa Polski – dla mnie koszmar, przy moich problemach przestrzennych. Podpowiedzi geograficy w stylu „Zachód jest po lewej” też nie pomagały, bo musiałam się zastanowić, po której lewej). Naturalnie, że ciskałam niektórymi podręcznikami o ścianę, bazgrałam z tyłu zeszytów całkowicie nielekcyjne rzeczy, zużywałam przerwy na dokucie czegoś (wielka akcja wkuwania podczas przerwy obiadowej budowy żołądka wołu, bo klasa równoległa, mająca sprawdzian z biologii przed nami, dała cynk, że to pytanie było – ech, Emila, czy pamiętasz to rycie, wycie i wcinanie śmierdzących serowych chrupek? Łza się w oku kręci. Nie tylko łza szczęścia, że już nie trzeba tego kuć…). Ma się rozumieć, że z wielkim nastoletnim buntem twierdziłam: marnuję czas na durne rzeczy, zamiast poświęcić je temu, co ważne (czytanie… czytanie… czytanie! I pisanie dziwacznych opowiadań. I wędrówki po osiedlu z przyjaciółką. I jeszcze różne inne sprawy, które tylko nastolatki potrafią robić z pełną powagą i absolutnym przekonaniem, że to jest właśnie kwintesencja dorosłości, wyrafinowania oraz ważności).

Gdy o tym wszystkim myślę, dochodzę do wniosku, że okres szkolny to rzeczywiście jeden z najpiękniejszych momentów w życiu. Dopiero dziś, gdy spoglądam za siebie, widzę, ile miałam wtedy spokoju (nawet w wieku nastu lat człowiek jeszcze wierzył, że dorośli jakoś ogarną świat, przynajmniej ci najbliżsi ten najbliższy), ile czasu (potrafiłam przeczytać czterdzieści książek w ciągu miesiąca!), ile beztroski (a nie należałam przecież do grupy szczególnie beztroskich dzieciaków). Gdy mijam na ulicy dzisiejsze nastolatki, patrzę na nie po części ze współczuciem (nie chciałabym chodzić do współczesnego liceum ani w ogóle znów być licealistką), a po części z zazdrością (no, może na jeden dzień…).

Wiecie, skąd w tym moim patrzeniu bierze się współczucie? Bo mam świadomość, że one, podobnie jak ja, swoje nastolęctwo zaczną doceniać… za dziesięć, dwadzieścia lat. Czasem myślę z utęsknieniem: chciałabym być zblazowaną szesnastolatką, to byłoby takie cudowne i czerpałabym z tego taką radochę! A potem przychodzi refleksja: gdybym miała świadomość, że jestem zblazowaną nastolatką i że to taka radocha, to nie dałabym rady być zblazowana, bo jedno wyklucza drugie. Świadomość – przeklęta, tak potrzebna do pełnego smakowania życia świadomość – psuje zblazowanie. Więc nie da rady. A szkoda.

Za to bez problemu dogadałabym się z maluchami z podstawówki, zwłaszcza tymi z pierwszych klas. Tak, również z tymi, którym buchnęłam zeszyt sprzed nosa. Wiecie, jak wyglądają te maluchy podczas zakupów do szkoły? No właśnie. Jak nie lubię dzieci, tak lubię i rozumiem ich zachwyt, przejęcie, podniecenie wszystkimi przygotowaniami: plecaki, piórniki, zeszyty, okładki na książki… Do dziś widok szkolnych wyprawek, królujących na półkach pod koniec sierpnia, wywołuje u mnie przyspieszone bicie serca, pożądliwy błysk w oku i sentymentalną potrzebę podotykania a to piórnika, a to farb, teczek i linijek. No i zeszytów… tak, już ustaliłyśmy, że jestem swoistą zeszytową fetyszystką. Właśnie parę dni temu kupiłam kolejny zeszyt, w formie kołonotatnika, brzegi kartek w czterech kolorach, na okładce góry i inspirujący napis „Stop dreaming, start doing”. Tak łatwo mnie zdobyć.

Chciałabym jeszcze choć raz przeżyć nadchodzenie nowego roku szkolnego – jako uczennica, nie jako osoba towarzysząca dziecku czy nastolatce albo nauczyciel, wykładowca. Chciałabym z tą piękną powagą i przekonaniem, że to decyzja na miarę wejścia do Unii Europejskiej, wybierać zeszyty do poszczególnych przedmiotów, naklejki na podręczniki, format i kolor piórnika. Plecak. Och, plecak to była każdego roku niekończąca się historia, a gdy w połowie liceum przerzuciłam się z plecaków na teczki (wtedy właśnie zaczynały być modne), zamieniło się to w historię kończącą się co chwila (bo kolejna i kolejna teczka nie wytrzymywała ciężaru tych wszystkich książek, które do niej ładowałam, i z rozpaczą urywała sobie pasek. Wprawdzie za moich czasów – jak to brzmi, „za moich czasów”! – nie dźwigało się do szkoły wielokilogramowych podręczników, ale ja zwykle po lekcjach robiłam rundę po bibliotekach, z trzema kartami bibliotecznymi, moją, mamy i taty, więc łatwo sobie wyobrazić, że dodatkowe dziesięć czy piętnaście tomów potrafiło zamordować i najwytrwalszą torbę).

No i ławka. Pamiętacie wyścigi do ławek, zaklepywanie miejsc, awantury, bo „ona usiadła na moim miejscu, ja tu w zeszłym roku siedziałam!”? W podstawówce siadałam zwykle z przodu. W ostatnich klasach na polskim nauczycielka, skądinąd cudowna, rozsadzała nas w paskudny sposób, z chłopakami (oczywiście nigdy z tymi, z którymi rzeczywiście chciałybyśmy siedzieć. Swoją drogą, chyba raz wprawiłam w stan niezłego stuporu chłopaka, z którym akurat wtedy musiałam dzielić ławkę, a którego w klasie trochę się obawiano – gdy głośno oświadczyłam, że nie chcę koło niego siedzieć, bo cuchnie papierosami. I zapadła taka niezręczna cisza, bo że palił, wiedzieli wszyscy łącznie z gronem pedagogicznym, ale jakoś nieszczególnie chciało się gronu coś z palącym ósmoklasistą zrobić. Żebym chociaż mogła się tą historią szczycić jako opowieścią o swoim młodzieńczym buncie przeciwko wczesnonastoletnim modom… a ja po prostu nie cierpiałam i nie cierpię zapachu petów, więc w towarzystwie kolegi aż mnie skręcało).

W liceum siedziałam wytrwale (no, poza małym wyjątkami) w ostatniej ławce w rzędzie pod ścianą. Z Emilą, moją ówczesną najlepszą przyjaciółką (vel BBF). Siedzenie w jednej ławce z Emilą to też osobna historia, zasługująca na sążnistą epopeję. Może ją kiedyś napiszę. W każdym razie uwierzcie: to nie było zwykłe dzielenie ławki, to była sama kwintesencja życia! Takiego, jakie nam się wówczas wydawało, że znamy.

I przerwy. Nic się nie da porównać ze zorganizowanym chaosem i chaotyczną organizacją szkolnej pauzy. Przerwa, nawet ta najkrótsza, była czymś niesamowicie pojemnym: człowiek zdążył pójść do toalety (oczywiście z obstawą koleżanek… do dziś sama nie wiem, czemu do ubikacji chodziło się zawsze parami, trójkami lub grupkami, ale się chodziło), kupić coś w szkolnym sklepiku, wyskoczyć do kiosku przy przystanku autobusowym (żeby się pogapić albo pochichrać), przejść się po wszystkich szkolnych korytarzach, powtórzyć lekcje, douczyć się na klasówkę, posiedzieć przy stoliku w szatni, poweltschmerzować (bo życie uczennicy, wiadomo, takie trudne, ciężkie i niewdzięczne), a nawet poprzeżywać miłosne wzloty i upadki.

Na dobrą sprawę szkolna przerwa to najlepszy kurs zarządzania czasem i efektywności, jaki można sobie wymarzyć.

Ile razy myślę o szkole, dopada mnie ten sentyment, tęsknota i czułość. Nie idealizuję – pamiętam wszystkie złe momenty, paskudne sytuacje i doprowadzające do szewskiej pasji zdarzenia, zachowania, niesprawiedliwości. Przy tym wszystkim jednak – tęsknię, wspominam z sympatią, uśmiecham się na samą myśl o moich uczniowskich czasach. I choć za nic w świecie nie chciałabym znów wbijać sobie do głowy roślin pyłogennych, pszczołogennych i innogennych (z biologii naprawdę byłam kiepska), to jednak często bawię się wyobrażeniem, że mam o piętnaście, dwadzieścia lat mniej i znów idę do szkoły. Nie na zawsze, nie tak całkowicie – ot, na dzień, na tydzień, na dwa. Miła myśl, rozrzewniająca, kusząca.

Ale potem przypominam sobie tę wiatropylność, pszczołopylność i inne cuda-wianki. I jakoś entuzjastyczny nastrój „och, powrót do szkoły!” ze mnie uchodzi.

Na szczęście pozostają mi zeszyty. Zeszyty są zawsze dobre.

(A do kwestii nielubienia dzieci i tego, na ile jest to rzeczywiście nielubienie, wrócimy w przyszłym tygodniu).

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.