Więzień lodu

Morskie legendy i opowieści obfitują w wiele niesamowitych historii, wśród których najbardziej znaną jest ta o holenderskim kapitanie Van der Deckenie. Wedle podań, niderlandzki podróżnik swą pychą i butą sprzeniewierzył się bogu, za co ten skazał jego duszę na potępienia a okręt, którym dowodził na wieczną tułaczkę po morzach i ocenach. Latający Holender, bo to o nim mowa, stał się później zwiastunem nieszczęścia a wielu marynarzy zarzeka się, że na własne oczy widzieli mityczny okręt. Trudno ocenić na ile te opowieści są wytworem podlanej rumem wyobraźni a na ile naoczną relacją. Niemniej jednak, opisana poniżej historia dowodzi tego, że czasami legendy stają się rzeczywistością… Cofnijmy się w czasie do roku 1775.

12 sierpnia był bardzo mroźnym dniem, lecz u wybrzeży Grenlandii mróz nie był niczym nowym. Dla Inuitów niskie temperatury nie stanowiły żadnej przeszkody, lecz biali ludzie musieli przywyknąć do niełaskawego dla nich środowiska. Coraz to nowe odkrycia geograficzne wypychały na dalekie wody nie tylko podróżników. Wielorybie mięso, fiszbin i tran stanowiły wówczas wartościowy surowiec dla europejskich imperiów i młodej Ameryki. Morskie polowania przyciągały na łowcze statki rzesze ludzi, kusząc ich dobrze płatną acz niezwykle ciężką pracą. Nie inaczej było w przypadku szkunera „Herald”, który jak co dzień wyruszał na kolejny rajd po cenne wiktuały. Kapitan Warren, który wówczas pełni dowództwo na wspomnianym wielorybniku od dłuższego czasu wypatrywał ofiary dla swoich harpunów. Jak na złość, lub na szczęście dla wielorybów, morskie fale i siarczysty mróz nie pomagały w mu połowach. Długie godziny, bezwietrzne morze i przepływające wokół strzępy gór lodowych dawały się powoli kapitanowi we znaki. Chłodna sterówka ogrzewana niewielkim piecykiem była jak oaza pośrodku morskiej pustyni. Choć daleko mu było do swego literackiego odpowiednika spisanego piórem Melville’a, to całą sytuacja sprawiała, że zaczął odczuwać już oznaki zniecierpliwienia. Z nerwowego stanu wyrwał go nagle okrzyk obserwatora z bocianiego gniazda „okręt na sterburcie!”. Warren uznał to za dobry omen. Być morze napotkany statek będzie mógł pomóc mu w poszukiwaniach. Z miejsca zwołał marynarzy i wydał im polecenie by swymi okrzykami zwrócili uwagę tamtejszej załogi.

Napotkany statek cicho sunął po spokojnej tafli wody. Warren chwycił za lunetę chcąc się bliżej przyjrzeć przybyszowi. Za sylwetką statku majaczył biały kształt, jakby góra przyklejona do jego kadłuba. Maszty z tej odległości były mało widoczne, lecz kapitan zauważył iż brakuje na nich żagli. Być może ów statek zmierzył się z silnym sztormem jaki miał miejsce przed kilkoma dniami. Może potrzebuje pomocy? Warren zarządził nowy kurs. „Herald” leniwie zaczął płynąć w stronę tajemniczego gościa. Im odległość od wielorybnika malała tym bardziej w wyglądzie statku dawało się dostrzec coś niepokojącego. Warrenowi nie podobała się cisza jaka na nim panowała. Szybki rzut okiem przez lunetę dostarczył kolejnej informacji. Statek przymarzł do góry lodowej. Być może chciał przy niej zakotwiczyć by spokojnie dokonać napraw, lecz zastał go sztorm? Być może. Nie zmieniało to faktu, iż nawoływania marynarzy wciąż pozostawały bez odzewu. Może mroźna pogoda i przykre przygody związane z ostatnim sztormem zapędziły wszystkich pod pokład? To trzeba było sprawdzić. Jeśli statek należał do bogatego armatora grzechem byłoby nie udzielić mu pomocy. Zwłaszcza, że taka na pewno zostałaby hojnie wynagrodzona. Warren polecił czym prędzej spuścić dwie szalupy na wodę i wraz z kilkunastoma marynarzami wybrał się na ratunek. Przymarznięty do lodu statek przedstawiał iście upiorny widok; pozrywane olinowanie, złamany maszt i gruba czapa lodowa nadawały mu wygląd prawdziwego Latającego Holendra. Ktoś w szalupie napomknął o tym cicho, lecz Warren zbeształ go. Nie chciał psuć morale swoich ludzi niepotrzebnymi zabobonami.

Wdrapawszy się na pokład ekipa ratunkowa z „Heralda” przystąpiła do rekonesansu. Stwierdzono brak oznak walki, wszystkie szalupy były na swoich miejscach poukrywane pod twardym jak blacha brezentem. Pokład pokrywała lodowa i śnieżna bariera. Lód skrzypiał pod każdym stąpnięciem. Wszędzie panowała niepokojąca cisza. Odnalazłszy drzwi do kubryku postanowiono zejść na dół – tylko tam mogła znajdować się załoga. Pomimo usilnych prób zlodowaciałe drzwi nie chciały ustąpić. Warren polecił swoim ludziom by wrócili do szalup po siekiery, po czym przystąpiono do akcji. Drzwi twarde jak skała nie chciały tak łatwo wpuścić przybyszów. Po blisko godzinnej ciężkiej pracy w końcu udało się wyrąbać wejście. Wewnętrzne ściany statku były białe niczym wapno – całość pokrywała gruba warstwa szronu. Zeszedłszy do dolnych kajut oczom Warrena i jego ludzi ukazał się przerażający widok: w marynarskich kojach leżały stłoczone ciała blisko dwudziestu marynarzy. Ściągnięte zimnem twarze i puste oczodoły nadawały im wygląd egipskich mumii. Wszystkich przeszły ciarki, lecz stwierdzono jedną, ważną rzecz: wśród nich nie było kapitana.

Jego leżące w koi ciało odnaleziono w jego kajucie. Nie był sam. U jego boku leżała martwa kobieta, prawdopodobnie jego żona. Oboje zmarli w mroźnym uścisku. Prócz nich, w kącie kajuty wokół niewielkiego piecyka tłoczyło się kilka ciał, wśród których jedno tuliło małego chłopca – prawdopodobnie jego syna. Warren poczuł gwałtowne przygnębienie. Wyobraził sobie, że mógłby być na ich miejscu. Kapitan tajemniczego statku postanowił po raz kolejny zmierzyć się z morzem. Niestety tym razem przegrał, lecz wciąż nie było wiadome co naprawdę spotkało jego i jego załogę. Warren począł przeszukiwać kajutę chcąc trafić na coś co choć trochę przybliżyłoby ich nieszczęśliwe losy. Natrafił na dokument, który przypominał dziennik okrętowy, lecz zmarznięty na kość papier nie dał się odczytać na miejscu. Postanowił zabrać go na trochę cieplejszy pokład „Heralda”. Z kapitańskich zapisków wynikało, że pechowy statek nosił nazwę „Octavius” i wyruszył z portu w Liverpoolu 10 września 1761. Planowany rejs do Szanghaju nie wypadł najlepiej. Kolejne zapiski mówiły o tym, że „Octavius” dryfuje wtopiony w lód. Kończyły się one datą 11 listopada 1762 roku… czyli 13 lat temu od chwili gdy spotkała go załoga wielorybniczego „Heralda”! Jeszcze bardziej niezwykły wydał się fakt, który ustalono po podanej przez dziennik pozycji. Sponiewierany „Octavius” wraz z martwą obsadą dokonał rzeczy, której nikt wcześniej nie zdołał. Pokonał tzw. Północno-Zachodnie Przejście – pas wiecznych lodów wokół arktycznej Ameryki Północnej.

13 lat morskiej tułaczki… wydaje się to niewiarygodne, lecz jest jak najbardziej prawdziwe. „Octavius” cudownym, aczkolwiek makabrycznym, zrządzeniem losu dryfował wzdłuż wybrzeży Arktyki opierając się sztormom i morskiej krze. Posępny okręt-widmo, tylko w tym przypadku ów widmo było jak najbardziej namacalne.  Kapitan Warren postanowił odholować statek na trochę cieplejsze wody. Niestety i tym razem „Octavius” sam postanowił kierować się własnym losem. Zmarznięta lina pękła pozostawiając tajemniczy okręt na łasce fal. Od tamtego wydarzenia minęło ponad 240 lat. Jest mało prawdopodobne by „Octavius” przetrwał do naszych czasów, choć kto wie… W końcu to życie pisze te niezwykłe historie.


Dominik Wiśniewski – dziennikarz i fotograf.  Fan motoryzacji i historii wojskowości. Nie obca mu literatura i sztuka – zarówno tych wyższych jak i niższych lotów. Czasami szyderczy i lekko stronniczy. Niepoprawnie polityczny kinomaniak i miłośnik podróży wszelakich.