WŁASNA PÓŁKA, CZYLI PEAN NA CZEŚĆ DOMOWEJ BIBLIOTEKI

Pod koniec kwietnia – a dokładnie 23 kwietnia – obchodziliśmy Światowy Dzień Książki (którego pełna nazwa brzmi: Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, tyle że druga część nazwy musiała oddać pierwszej absolutny prymat). Zgodnie z tradycją (w niektórych krajach ugruntowaną bardziej, w niektórych mniej) w ten dzień wręcza się bliskiej osobie książkę. Ponieważ mam wielki szacunek dla tradycji (tych, które mi pasują), z okazji Światowego Dnia Książki zawsze wręczam książkę najbliższej mi osobie – czyli mnie samej. W końcu każda okazja jest dobra, aby dostać jakieś tomiszcze do czytania.

Oczywiście pojawienie się nowych nabytków w domu jest komentowane przez bliskich krótko (i wrednie) stwierdzeniem z serii „Gdzie to postawisz? / Nie ma już miejsca na półkach”. Do takich uwag już się przyzwyczaiłam i nawet specjalnie mnie one nie ruszają (tym bardziej że wbrew pozorom książki całkiem chętnie współpracują w wygospodarowaniu jeszcze i jeszcze odrobiny przestrzeni na nową drukowaną siostrę). Za to nieodmiennie bawią mnie (i jednocześnie dziwią) inne słowa, które czasem padają z ust niektórych odwiedzających znajomych – w rodzaju „Ojej, ile ty masz książek!”, „Tu jest zupełnie jak w bibliotece” czy (moje ulubione pytanie) „Przeczytałaś wszystkie te książki?”. Odnoszę wtedy wrażenie, że dla części ludzi domowa biblioteka to coś cokolwiek zaskakującego czy nietypowego, coś, co z nie do końca uzasadnionych przyczyn zostało przeniesione z właściwego sobie gruntu – czyli biblioteki publicznej – do przestrzeni domowej.

A przecież domowe biblioteki od wielu wieków stanowiły naturalny element wyposażenia tych „lepszych” domostw, były oczywistym składnikiem przestrzeni osobistej, stawały się nawet swego rodzaju snobistycznym akcentem. Fakt, niejednokrotnie, zwłaszcza w przypadku bardziej nuworyszowskich mieszkań albo rodzin, w których tradycja pozostawała już tylko elegancką ozdobą niczym broszka po prababci, ów snobistyczny akcent dominował, niekiedy wręcz wypierał wszelkie inne powody utrzymywania domowej biblioteki. Mimo wszystko jednak myślę z pewną tęsknotą i zazdrością o tamtych czasach – o czasach, w których posiadanie na własność dużej kolekcji książek stanowiło powód do dumy, do snobowania (dziś w to miejsce wchodzą na przykład kryształki Swarovsky’ego) i do olśniewania gości. Teraz pokaźna biblioteka domowa częściej jest odbierana jako dziwactwo (lub bardziej uprzejmie – ekscentryczność), a czasem wręcz jako marnowanie pieniędzy i / lub miejsca. (Może dlatego – choć zwykle raczej nie mam ciągot do zamierzonej złośliwości – z tak złośliwą satysfakcją przytakuję powiedzeniu, które podobno krąży po oczytanej części Anglii: „Klasę robotniczą można poznać po tym, że ma telewizor większy od półki z książkami”).

(Z sympatią też wspominam opowieść pewnej koleżanki o jej koledze, który kupił całą serię „Biblioteki XX wieku” wydawanej przez „Gazetę Wyborczą”, żeby zrobić wrażenie na dziewczynie. Kto wie, może do dziś już te wszystkie tomy przeczytał? W każdym razie takie robienie wrażenia to rozumiem!)

Porzucając kwestie klasowe, snobistyczne i wyzłośliwianie się, spójrzmy na sprawę domowej biblioteki od strony praktycznej, z której wynika, że posiadanie własnego zbioru książek ma same zalety (wady, nawet jeśli istnieją, nie zostają przyjęte do wiadomości).

Podstawową, najważniejszą i najbardziej przemawiającą do wyobraźni zaletą jest stała dostępność książki – o każdej porze dnia i nocy, na wyciągnięcie ręki, bez oczekiwania, aż biblioteka zakupi, aż inny czytelnik odda, aż będzie można wpaść do odpowiedniej filii po odbiór. I bez deadline’ów. Nie trzeba książki przedłużać, nie trzeba zwracać, nie trzeba płacić kary za przetrzymanie. Można ją brać i odkładać, i znów brać, i znów odkładać, czytać w swoim tempie, przeplatać innymi pozycjami, powracać do niej wielokrotnie. Jest moja, tylko i na wyłączność – więc mam do niej dostęp zawsze, bez ograniczeń i bez konieczności liczenia się z innymi osobami.

Co więcej, z własną książką można się obchodzić wedle własnych upodobań. Jestem przeciwniczką mazania po kartkach długopisami i mazakami oraz zaginania rogów, za to – przyznaję bez bicia – namiętnie kreślę po książkach ołówkiem. Podkreślam, zakreślam, zaznaczam, dopisuję komentarze, uwagi, skojarzenia. Ponieważ robię to na swoim egzemplarzu, czuję się usprawiedliwiona. Ponieważ robię to na swoim egzemplarzu, mam poczucie prywatności i zachowania sekretu. Ponieważ robię to na swoim egzemplarzu, każda kolejna lektura staje się okazję do kolejnej dyskusji z samą sobą.

Własna biblioteka umożliwia wspominane już powroty, ponowne lektury znanych tekstów. Tylko ten, kto kiedykolwiek miał choć jedną ulubioną książkę, do której lubił i chciał wracać, rozumie, jak ważne, wspaniałe i potrzebne jest to doświadczenie. Czasem po prostu wszystko w człowieku krzyczy: „Daj mi to jeszcze raz przeczytać!”. Wówczas konieczność czekania – aż otworzą bibliotekę, aż dojedzie się do filii, aż ktoś inny odda egzemplarz interesującego nas tytułu – staje się katorgą. W przypadku domowej biblioteki jedyne, co trzeba zrobić, to podejść do odpowiedniej półki. Świadomość, że swoje „pozycje powrotne” ma się stale pod ręką, zapewnia jeden z najpiękniejszych rodzajów spokoju: spokój zaspokojonego głodu czytelniczego. Co więcej, taki głód ma czasem bardzo wysublimowane gusta i domaga się konkretnego wydania, tłumaczenia, okładki – ot, takie fanaberie żołądkowe. We własnych zbiorach jest zwykle właśnie to wydanie, to tłumaczenie, ta okładka – więc można w pełni zaspokoić apetyt.

Biblioteka domowa ma charakter wręcz intymny – szczególnie wtedy, gdy mamy jakiś ulubiony gatunek, szczególną serię czy ukochanego pisarza, a jeśli dodatkowo gatunek, seria czy pisarz zalicza się do kategorii „guilty pleasures”, poziom intymności wzrasta do kwadratu. Nie bez powodu niektóre zbiory trzyma się poza zasięgiem wzroku innych domowników czy gości. Nie chodzi mi koniecznie o tytuły w klimatach „Pamiętników Fanny Hill”, wystarczy, że są to pozycje potocznie uważane za mniej ambitne czy nieodpowiednie dla Twojego wieku. Wypożyczanie ich z biblioteki wiąże się niekiedy z (mniej czy bardziej uzasadnionym) uczuciem dyskomfortu, czasem jest utrudnione (bo tekstów o tej tematyce jest mało, bo egzemplarzy niewiele, a do tego rozsiane po różnych filiach, bo tytuł bardzo popularny i kolejka do niego ciągnie się na kilka kilometrów), a czasem koszmarnie trudno się później z tymi pozycjami rozstać (ból psychiczny towarzyszący oddawaniu książki do biblioteki to osobny temat, zasługujący na kompleksowe badania czytelniczo-psychologiczne). Poza tym intymność biblioteki domowej wynika z samego faktu bycia otoczoną przez książki, stosy książek, regały pełne książek; niewiele rzeczy może się równać z widokiem własnych tomów, otulających człowieka w zimny, ponury wieczór.

W „Ex libris. Wyznaniach czytelnika” Anne Fadiman opisuje koncepcję „własnej półki”, czyli takich zbiorów, do których czytelnik jest z jakiegoś powodu szczególnie przywiązany lub które wyjątkowo go interesują. W opinii autorki każdy zapalony czytelnik ma taką własną półkę, niektórzy nawet kilka. Ja obecnie mam pięć: pierwsza to kryminały, druga – opowieści grozy. Trzecią tworzą książki dla dzieci (a jedną z jej największych ozdób jest nowe, kompletne wydanie wszystkich powieści o Mary Poppins w jednym wielkim tomie). Czwarta to książki o tematyce psychologicznej i rozwojowej, piąta zaś – książki o książkach (wśród których znajduje się i „Ex libris”, polowałam na nie jak szalona). Przy tych „własnych półkach” wzmaga się poczucie intymności domowej biblioteki – zgromadzenie tytułów i tematyk wyjątkowo dla danego człowieka ważnych, bliskich i potrzebnych pozwala stworzyć niepowtarzalne otoczenie czytelnicze.

Domowa biblioteka może też służyć do bardziej lub mniej złośliwych gier z gośćmi. Wspominałam już o pytaniu „Przeczytałaś te wszystkie książki?”, prawda? O tym samym pytaniu pisał Umberto Eco w jednym z felietonów w (nie pamiętam, których) „Zapiskach na pudełku od zapałek”. Stwierdzał tam, że tego rodzaju pytanie pada zwykle ze strony osób, które same mało czytają (mam podobne doświadczenia, moje intensywnie czytające znajome przylepiają się do moich półek co najwyżej z pożądliwym krzykiem „O, książki!” lub podejrzliwym pytaniem „A pożyczasz?”). Ponieważ pytanie „Przeczytał pan wszystkie te książki?” nieodmiennie wprawiało Eco w cokolwiek dziwaczny humor, wymyślił trzy satysfakcjonujące go odpowiedzi: 1) „Nie, żadnej” (tu wyobrażał sobie zaskoczoną minę rozmówcy”); 2) „Te i znaczne, znacznie więcej, proszę pana” (tu widział zaniepokojone spojrzenia); 3) „Nie, to tylko zbiór na ten miesiąc, pozostałe trzymam na uczelni” (tu rozmówca padał na zawał). Ponieważ wszystkie trzy stwierdzenia wydały mu się ostatecznie zbyt sadystyczne, Eco spasował; ale samą koncepcją udzielenia takich odpowiedzi bawił się za każdym razem, gdy znów słyszał owo „Wszystkie pan przeczytał?”.

Oczywiście niecne i niegodne zabawy z gośćmi nie są elementem niezbędnym ani wymaganym w przypadku posiadania domowej biblioteki; to tylko taka dodatkowa rozrywka, jeśli ma się sadystyczne ciągoty lub zły dzień. Wszystkie inne powody, dla których warto posiadać własny zbiór książek – pełna dyspozycyjność każdego tomu, możliwość tworzenia własnych półek, brak konieczności rozstawania się z przeczytanym tomem, ulubione wydania, tłumacze i formaty pod ręką, poczucie intymności i fizyczna bliskość książek – nie powinny budzić wątpliwości.

Pomyślcie też o tamtym angielskim powiedzeniu. Oczywiście nie ma niczego złego w posiadaniu wielkiego telewizora – ale jednak niech półka z książkami będzie od niego choć odrobinę większa.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.