WOLNY CZAS, CZYLI PRZEPRASZAM, PRACO, ŻE W ŚWIĘTA CIĘ NIE WYKONYWAŁAM

Czy Wy również odczuwacie w święta niepokój wywołany wolnym czasem? Wolnym czasem, który nie oznacza braku obowiązków jako takich – wiadomo, że święta są istnym generatorem zadań różnej maści – tylko po prostu okres uwolnienia od obowiązków zawodowych? Jeśli tak – jeśli też macie zwyczaj robić, przynajmniej w głowie, listę spraw służbowych do zrobienia, nadrobienia i odrobienia podczas wolnych świątecznych dni, jeśli również próbujecie, z lepszym lub gorszym skutkiem, tę listę jakoś zrealizować i jeśli także zmagacie się z poczuciem winy, gdy zrobicie niewiele, za mało lub w ogóle nic z tego, co sobie zaplanowałyście w ramach „pracy świątecznej” – witajcie w klubie. W klubie ludzi obarczonych genem pracoholizmu.

Albo w klubie poczucia winy, gdy nie pracuję w święta. Lub w klubie pretensji do siebie, gdy w wolne dni pozwolę sobie odpocząć. Albo… można by znaleźć jeszcze wiele innych nazw. Sens jest jeden: witajcie w grupie ludzi, którzy mają problemy z (należnym im przecież) odpoczynkiem i odstawieniem pracy – lub myślenia o pracy – nawet na chwilę. Wbrew pozorom jest nas całkiem sporo w tym klubie.

To wszystko – poczucie winy, gdy w wolny dzień nie robi się czegoś związanego z pracą zawodową, wrażenie cofania się, nienadążania czy niepoważnego traktowania swoich obowiązków, myśli powracające do tematu pracy, wykonywanie jakichś zadań w ramach nadgonienia, utrzymania lub przegonienia harmonogramu, złość, gdy się zrobi mniej lub nie zrobi się nic, uciążliwe wrażenie, że przez odpoczynek zmarnowało się „dodatkowy” czas na pracę (tak jakby święta były bonusem od pracodawcy, dorzuconym po to, by pracownik miał możliwość popracować sobie ekstra nad bieżącymi sprawami, z komfortowym brakiem obaw, że za pół minuty pojawi się kolejne zadanie) – to wszystko jest chyba dość charakterystycznym znakiem naszych czasów. Tak twierdzą różni psychologowie, taka opinia pojawia się w przekazach medialnych z wyższej i bardziej popkulturowej półki, taki przekaz płynie od nas samych – pracujących w gruncie rzeczy naprawdę dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Nawet jeśli nie przy biurku czy przy innym stanowisku służbowym, to we własnej głowie. I to jest ten najgorszy element: nasza głowa, która nie potrafi się od pracy uwolnić. Która wciąż i wciąż o pracy nam przypomina i do pracy nas próbuje zagonić.

Poczucie winy oraz wrażenie „w sumie to powinnam zrobić te rzeczy, których nie zdążyłam zrobić w pracy” pojawia się nie tylko w czasie świąt, lecz i w każdym innym wolnym okresie. Sobota, niedziela lub cały weekend, który akurat jest wolny. Wakacje, urlop. Zwolnienie lekarskie i choroba. Popołudniowe wyjście ze znajomymi. Leniwy wieczór. Gorszy, słabszy dzień, gdy po powrocie do domu chce się tylko poleżeć z książką, filmem i herbatą. Za każdym razem, w trakcie tych wolnych chwil i zaraz po nich, nadchodzi paskudny kac moralny. Zmarnowałam dzień. Zmarnowałam parę godzin. Przebimbałam wieczór. Straciłam ładnych kilka dni. Zmarnowałam – na co? Na głupoty, czyli na odpoczynek, zabawę, pobycie z bliskimi lub samą sobą, rozrywkę, zregenerowanie sił; a zmarnowany czas jestem dłużna komu? Mojej pracy, moim służbowym obowiązkom (te przez moc personifikacji nabierają kształtu żywych istot, którym Twój czas się zwyczajnie należy i które przez odpoczynek, zabawę czy chorobę z tego czasu bezczelnie okradasz).

Co gorsza, te paskudne odczucia napędzane są i podkręcane przez określenie „pracoholik”, które w potocznym rozumieniu stanowi wręcz swego rodzaju komplement. Pracoholik, czyli ten, kto naprawdę pracuje, pracuje ciężko, z oddaniem, energią, profesjonalizmem. Z pasją.

Uwierzcie – nie. Nawet gdy w początkowym stadium pracoholizmu jest jeszcze obecna pasja, to szybko obumiera. Pracoholizm w swojej pełnej formie ma się do pasji jak pięść do nosa. Pracoholizmu nie napędza pasja – napędza go poczucie winy, wrażenie utraty kontroli nad sobą i otoczeniem, przekonanie o własnej niekompetencji (którą inni odkryją, gdy tylko pozwolę sobie na choćby krótką przerwę, minimalny odpoczynek) i strach – strach przed nienadążeniem, niewywiązaniem się, nieudolnością. Ten, kto stawia znak równości między pasją i fascynacją własną pracą a pracoholizmem, nigdy nie doświadczył mrocznego oblicza tego ostatniego.

Nie doświadczył też trudów, jakie trzeba podjąć i paskudnych chwil, z jakimi trzeba się zmierzyć podczas wychodzenia, wyleczenia się z pracoholizmu – walki ze starymi schematami myślowymi, z panoszącym się w głowie wiecznym autokrytykiem, z samobiczującymi się (nas) myślami. Pracoholizm jest trochę jak alkoholizm – nigdy nie jest się wyleczonym tak naprawdę, absolutnie i bez obaw. Ci, którzy wyrwali się ze szponów alkoholizmu, wiedzą, że w ich przypadku jeden kieliszek może wywołać starą lawinę. Ci, którzy wyszli z pracoholizmu, wiedzą, że wywoływane przezeń niepokoje, myśli i odczucia będą co jakiś czas powracać i zagrażać tej subtelnej równowadze „praca – inne sprawy w życiu”, którą w jakimś stopniu udało się stworzyć. Niestety, o ile ludzie walczący z nałogiem alkoholowym mogą liczyć na jakąś formę zrozumienia społecznego (przynajmniej taką, że ich nałóg jest traktowany jako rzeczywiste zjawisko i poważne niebezpieczeństwo), o tyle osoby zmagające się z pracoholizmem bywają nadal traktowane, powiedzmy delikatnie, po macoszemu. Och, pracoholizm, zgrywasz się, wszyscy dziś tak ciężko i dużo pracujemy. Pracoholik, czyli naprawdę porządnie pracujesz, gdzie tu problem? Ojej, leczyć się z pracoholizmu, no, ja też bym tak chciała sobie powiedzieć, że za dużo pracuję i teraz już nie będę, ha, ha, ha.

Jeszcze gorsze zaś jest to, że dziś naprawdę wszyscy jesteśmy narażeni na owo poczucie winy z powodu odpoczynku, na dyskomfort psychiczny wywołany niepracowaniem przez cały wieczór, dzień czy tydzień, na przeszkadzającą w cieszeniu się wolnymi chwilami myśl o pracy. Rytm, w który wpadamy od coraz młodszych lat, to rytm bezustannego pracowania, robienia czegoś, niemarnowania czasu. Obserwuję niekiedy plan tygodniowych zajęć dzieciaków, które uczę szybkiego czytania. Pół dnia – szkoła, potem jedne za drugimi zajęcia dodatkowe, potem odrabianie lekcji i nauka do późna. Szczególnie te zajęcia dodatkowe mnie uderzają; szczególnie gdy widzę, jak dziecko niemal płacze, bo nie chce iść, a rodzic twardo zgarnia je z krzesła ze stanowczym „Idziesz, bez dyskusji”. Myślę wtedy o moich szkolnych czasach, gdy po lekcjach dużo wolnych chwil spędzałam na czytaniu, zabawie na podwórku, wymyślaniu różnych rzeczy albo nicnierobieniu. O czasach, gdy umiałam odpoczywać i nie miałam z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Tę umiejętność utraciłam (na własne życzenie) na studiach. Odzyskanie jej zajęło kilka ostatnich lat – i kosztowało naprawdę sporo wysiłku. Nadal zresztą nie opanowałam tej umiejętności w pełni, nadal moje wolne chwile okupione bywają poczuciem winy, że siedzę z książką, partnerem, filmem, psem albo własnymi myślami zamiast z komputerem i służbowymi dokumentami. Te ataki myśli-autokrytyków są już znacznie słabsze, ale nadal się pojawiają. Jestem jak alkoholik, który wyszedł z nałogu, lecz wie, że musi się cały czas pilnować. Jako były pracoholik – tak, teraz już mogę się w ten sposób określić, bez żadnej kokieterii, za to ze zwykłą świadomością własnego dawnego problemu – na poczucie winy z powodu „niepracowania” jestem narażona cały czas. Tak samo jak jestem narażona na niezrozumienie i niedowierzanie ze strony osób, które pracoholizmu nie doświadczyły. Złośliwa część mojego charakteru podszeptuje: jeszcze. Bo każdy z nas – dzięki choćby przelotnemu niezadowoleniu, że w czasie wolnym nie zrobił czegoś do pracy – jest na to narażony.

W tej chwili, w ostatni dzień świąt, czeka mnie walka z poczuciem winy, a w pierwszy dzień po świętach – z kacem moralnym. Bo oczywiście nie zrobiłam tych wszystkich (ani nawet połowy) spraw służbowych, które sobie zaplanowałam (na szczęście już tylko w głowie – zapisane miałyby znacznie większą moc wywoływania wyrzutów sumienia). Bo oczywiście się wyspałam, poczytałam (niefachowe pozycje, dla przyjemności), coś obejrzałam, gdzieś poszłam albo zwyczajnie się poleniłam. Bo oczywiście praca w dni wolne od pracy tak jakoś średnio mi wychodziła.

Co w gruncie rzeczy jest dobrym znakiem. Pamiętam czasy, gdy intensywna praca w wolne dni wychodziła mi świetnie. Ale poczucie winy i wtedy nie odpuszczało. To jeszcze jedna charakterystyczna cecha pracoholizmu: wcale nie cieszy Cię wykonana praca. Wykonana praca wywołuje jedynie poczucie winy, bo przecież skoro zdołałaś zrobić aż tyle, to mogłaś zrobić jeszcze więcej, a nie zrobiłaś tylko przez swoje lenistwo i nieefektywność. Prawda? Prawda.

Jeśli więc w czasie świąt męczyło Was poczucie winy, że nie zrobiłyście nic z pracy / do pracy, miejcie się na baczności – jesteście w grupie wysokiego ryzyka. Na pociechę mam dwie dobre wiadomości. Po pierwsze, nie jesteście same (wspominałam, że nasza grupa jest całkiem spora). Po drugie, skoro rzeczywiście nie zrobiłyście nic z pracy / do pracy, nie jest z Wami jeszcze (albo już) tak źle. Wiem, poczucie winy będzie jeszcze przez parę godzin lub dni katować. Macie jednak szansę – i ja też – nauczyć się kiedyś odpoczywania bez obwiniania (się). Tak, zupełnie bez obwiniania. To podobno możliwe, choć brzmi niemal niemożliwie.

Życzę Wam udanego, spokojnego i radosnego ostatniego dnia Wielkanocy. Jak najwięcej odpoczynku – i jak najmniej wyrzutów sumienia z tego powodu. Wiem, że to trudne życzenie, Zajączku Wielkanocny, ale spróbuj się wykazać.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.