„WSIĄŚĆ DO POCIĄGU BYLE JAKIEGO…”

Gdy będziecie czytać ten felieton, ja będę już siedzieć w pociągu. Nie, nie byle jakim, przeciwnie – bardzo konkretnym, TLK Szczecin – Warszawa, bezpośredni (żadnych przesiadek!), klasa pierwsza, miejsce przy oknie (obowiązkowo!). Jedna nieduża walizka nade mną. Zestaw piosenek na MP3 pod ręką, choć prawdopodobnie wcale nie będę ich słuchać albo posłucham tylko przez chwilę. Parę książek i gazet w torebce. Woda mineralna do picia, do jedzenia – coś niezbyt słodkiego, żeby nie zemdliło. Lokomotiv wzięty odpowiednio wcześniej (trochę choroby lokomocyjnej się kłania). Bilety na miejscu, sprawdzone około piętnastu razy pod rząd (trochę nerwicy natręctw też się kłania). Wydrukowany plan podróży, wraz ze wszystkimi stacjami pośrednimi oraz godzinami przybycia i odjazdu (koszmarna obawa przed przegapieniem swojej stacji docelowej i przed opuszczeniem pociągu za wcześnie lub za późno również się kłania). Gwizd. Sapnięcie. Zatrzaskiwanie drzwi i niezrozumiały okrzyk. Zgrzyt kół. Peron powoli zaczyna się cofać, ludzie idą do tyłu, widoki przesuwają się coraz szybciej i szybciej w niewłaściwą stronę. Ruszyłam.

Uwielbiam podróżować pociągiem – jest w tym niepowtarzalna magia i upajające oderwanie od rzeczywistości. Żadna inna forma podróżowania nie ma w sobie takiego czaru: paradoksalnego połączenia szybkości z powolnością, anonimowości z byciem wśród ludzi, odcięcia od wszystkiego z osadzeniem w konkretnym miejscu, a raczej w wielu kolejnych konkretnych miejscach, których konkretność okazuje się właściwie nieistotna. Zastanawiałam się czasem, co sprawia, że jazda pociągiem wywołuje we mnie podobne odczucia, co współtworzy tę niepowtarzalną atmosferę. Udało mi się uchwycić kilka elementów.

Pociąg i peron. Pociąg sam w sobie jest niesamowity – wielka, ciężka i niebezpieczna machina, w której człowiek chowa się na czas podróży, której powierza odpowiedzialność za dojechanie do celu. Wiem, wiem, to maszyniści ponoszą tę odpowiedzialność; jednak gdy myślę o pociągu, widzę go niczym żywą istotę, swoistego wieloryba na torach, który ma osobowość, ma emocje, ma sympatię dla mnie, pasażerki. Wypełniony ludźmi, podzielony na wagony i przedziały, wydający z siebie przeróżne dźwięki – stukot, pisk, zgrzyt, gwizd – pociąg staje się osobnym światem, rządzącym się własnymi prawami, własnym czasem, własną poezją. Peron z kolei jest nastrojem oczekiwania, tymczasowości, zawieszenia pomiędzy – pomiędzy odjazdem i przyjazdem, pomiędzy wsiadaniem i wysiadaniem. Klimat peronu to preludium podróży.

Miejsce w przedziale lub wagonie. Każdy ma swoje „miejscowe sympatie”. Dla mnie jedynym dopuszczalnym miejscem jest to przy oknie. Miejsce przy oknie oznacza możliwość ciągłego obserwowania widoków, bycia jednocześnie w pociągu i poza nim, wyciszenia się, oderwania od ludzi i spraw wokół. To także możliwość zdrzemnięcia się wygodnie w kącie przedziału z obrazami mijanych pól, drzew i nieba pod opadającymi powiekami.

Coś do jedzenia. Śmieszne, ale jedzenie zabrane na czas podróży staje się swoistym piknikiem, małym świętem, dodatkową rozrywką, krótkim powrotem do dzieciństwa. Trudno jeść w pociągu poważny, porządny i „dorosły” posiłek (chyba że ktoś zdecyduje się wybrać do wagonu restauracyjnego, trudno). Tu liczą się kanapki, ciastka, batoniki, drobne przegryzki. Tu wolno sobie pozwolić na odrobinę niezdrowych smakołyków – przecież trzeba się jakoś doładować energetycznie, by przetrwać całą drogę, prawda? To pora jedzenia-towarzysza wędrówki (nieważne, że nasza wędrówka odbywa się głównie na siedząco), pora jedzenia „niepoważnego”, pora jedzenia jak dziecko – przysmaków, które mają raczej rozerwać niż nasycić. Czekoladowy baton na drogę – któż by miał o to pretensje?

Stawanie na kolejnych stacjach. Krótsza lub dłuższa przerwa w jeździe, spojrzenie z drugiej strony na tych, którzy – tak jak my przed paroma chwilami – zbierają bagaże, gonią właściwy wagon, spoglądają na zegarek; wysiadają, wsiadają, czekają. Na stacjach pośrednich stawałam w różnych godzinach dnia i nocy, lecz gdy myślę o takim postoju, mam przed oczami wieczór, trochę mgły lub szarobłękitnej pary, wiszące w powietrzu nerwowo-leniwe oczekiwanie i odrobinę nierealności. Może brzmi to dziwnie, ale właśnie tak widzę stacje, na których stają moje pociągi.

Ach, zapomniałabym jeszcze o pojawiającym się podczas postojów uczuciu wyższości. My jesteśmy w pociągu, w wagonie, w przedziale, na swoich miejscach, z ułożonym na półkach bagażem i rozłożonymi rzeczami podręcznymi; mamy za sobą ten niedojrzały, niepoważny, śmieszny etap czekania na pociąg i wsiadania do pociągu, jesteśmy w wyższej klasie, klasie już siedzenia i już podróżowania. Z politowaniem więc, pobłażaniem, lekką kpiną lub cichą irytacją patrzymy na tamtych – gromadę zielonych jeszcze pasażerów, a właściwie „adeptów pasażerstwa”, którzy dopiero kończą zerówkę „czekanie” i próbują zdać klasę pierwszą „wsiadanie”. Może im się uda. Może dołączą do naszej wyższej, lepszej, bardziej doświadczonej w tym pociągu gromady. Zobaczymy. Popatrzymy. A czasu coraz mniej, za trzy minuty odjazd…

Muzyka. Zestaw ulubionej muzyki na empetrójce plus słuchawki – i można podróżować w klimatach przygodowych, akcji, opowieści grozy, romansu, dramatu, nastoletniej obyczajówki czy science fiction. Chcesz – masz. O ile zgrałaś odpowiednie pliki. Możecie założyć, że na swoim sprzęcie mam teraz trochę Nightwisha, trochę Epiki, odrobinę włoskich i greckich piosenek, kilka utworów Mylene Farmer i Anastacii, najbardziej lubiane kawałki Die Ärzte i E Nomine, a także coś z Queen, Electric Light Orchestra i może Pink Floydów. Plus kilka muzycznych guilty pleasures (temat, który zasługuje na osobny tekst). Plus „Polonez” z „Pana Tadeusza” (mam słabość do jego patetycznych brzmień). Plus kilka piosenek, które nie wiem, skąd mam, nie wiem, po co mam i nie wiem, czy kiedykolwiek ich posłucham, ale siedzą sobie na razie w folderze „Miks” i czekają na swoje pięć minut. Kto wie – może właśnie podczas tej podróży się doczekają?

Książka. Dobra książka na udaną podróż to rzecz konieczna, o której nie można (w każdym razie ja nie mogę) zapomnieć. Kilka razy zdarzyło mi się zabrać do pociągu coś fachowego, kiedyś nawet zdołałam jedną z tych fachowych pozycji przeczytać, ogólnie jednak zasada jest taka: do pociągu potrzeba mi książki rozrywkowej, odprężającej, ewentualnie czegoś bardziej ambitnego, ale z beletrystyki; potrzeba mi książki, na którą mam nastrój i apetyt, za to na którą niekoniecznie mam czas w codziennym biegu. Podczas przygotowań do obecnej podróży decyzja była bardzo prosta: mam ochotę na kryminały, mam kilka nieprzeczytanych jeszcze powieści detektywistycznych Caroli Dunn z serii „Kryminalne przypadki Daisy D.” – więc pakuję je do walizki, dorzucam ze dwa numery „Coachingu” i po sprawie. Gorzej, gdy apetyty i nastroje miałam mieszane, niezbyt jasne, rozdarte pomiędzy różnorodnymi propozycjami; już kilka razy do ostatniej chwili zmieniałam książkowy zestaw podróżny, czasem coś zostawiałam (bo za ciężko będzie z tyloma tomiszczami) i potem żałowałam, czasem coś brałam (bo na pewno będę chciała to przeczytać) i później stwierdzałam, że niepotrzebnie. Dobranie sobie odpowiednich tytułów do pociągu wcale nie jest taką łatwą i banalną sprawą.

PS: nie, nie mam, nie zabieram i nie czytam e-booków. Nie w podróży. Na co dzień sięgam po nie rzadko, natomiast pociąg jest dla mnie przestrzenią wolną od bycia online, jest prawem do zatopienia się wyłącznie w druku. Pociąg i książka – tak, w tym jest magia. Pociąg i e-book – nie, to mi zgrzyta.

Milczenie. Dla niektórych dodatkowym urokiem podróży jest możliwość porozmawiania z obcymi ludźmi, nawiązania znajomości od stacji do stacji, pogadania o rzeczach małych i wielkich z osobami siedzącymi w tym samym przedziale. Dla mnie większym urokiem jest milczenie. Milczenie to taka pozornie paradoksalna forma rozmowy z samą sobą, wyciszenie się, pozostanie tylko ze swoimi myślami. Na co dzień mówię, dużo mówię; niemal wszystkie moje prace opierają się na mówieniu (na głos lub na piśmie). Możliwość umilknięcia, zawieszenia komunikacyjnego, odcięcia się od werbalnego funkcjonowania jest dla mnie prawdziwym świętem. Lubię milczeć. Uwielbiam milczeć w pociągu. Misterium podróżnego milczenia przerywa mi z reguły tylko konduktor („Bilety do kontroli proszę”) i czasem ktoś z bliskich, piszący lub dzwoniący („Jedziesz? Wszystko dobrze? Daj znać, gdy dojedziesz”). Na szczęście to tylko krótkie wtargnięcia świata zewnętrznego, po chwili znów zatapiam się w bezsłowności. Jeśli natomiast współpasażerowie zdradzają ochotę na pogawędkę, zawsze mam zestaw ratunkowy: książkę (tę ludzie nieraz ignorują, jakby Twoje czytanie musiało ustąpić przed cudzym gadaniem) oraz empetrójkę (słuchawki, chyba z racji swojej formy i sposobu działania, są znacznie bardziej efektywnym odcinaczem od rozmownych podróżnych). W pociągu daję sobie absolutne, bezapelacyjne i bezczelnie niepodważalne prawo do milczenia, do niemówienia, do niewchodzenia w jakikolwiek kontakt. Podróż to moje święto, a milczenie jest jednym z jego elementów.

Nicnierobienie. To ten moment, gdy i ciało, i mózg mówią: a odwal się, mała, i daj po prostu być. Żadnego konkretnego myślenia. Żadnego czytania. Nawet żadnego słuchania muzyki. Odcinamy wrażenia, anulujemy dodatkowe bodźce, wygaszamy wszelką stymulację. Siedzimy, gapimy się przez okno, obrazy płyną przed oczami i przez głowę, ale nie waż się analizować, priorytetować, planować, bawić się w konteksty, teksty i podteksty. Nie. Po prostu jesteśmy tu, wspólnie, w pociągu, jedziemy, napawamy się jazdą i zachowujemy się tak, jakby podróż nie była środkiem, lecz celem. Jadę pociągiem. Nie ma nic przed, po ani poza tym. Tylko ja, pociąg i ruch.

I to jest największa magia.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.