WSTYDLIWE WYZNANIA ZAPALONEJ OBIERACZKI OWOCÓW

Chyba odkryłam przyczynę, dla której mój partner wytrzymuje ze mną już tyle czasu. Sprawa jest prosta: lubię obierać owoce. On nie. Oboje natomiast lubimy jeść owoce, które trzeba obierać, więc łatwo sobie wyobrazić, jakie spory, kłótnie lub wręcz awantury połączone z cichymi dniami zapanowałyby, gdyby każde z nas próbowało zrzucić nielubianą konieczność obrania pomarańczy, pomelo albo granatu na drugą osobę. A tak – idealne porozumienie (przynajmniej pod tym względem). I wszystko dlatego, że lubię tę głupią domową czynność, jaką jest obieranie owoców.

Głupich domowych czynności jest wiele. Są to z reguły czynności z tak zwanej grupy „doprowadzenia do poziomu zero”, czyli takie, które trzeba wykonać, żeby dom normalnie funkcjonował; gdy zostają wykonane, nikt ich nie widzi, bo są „normalne i oczywiste”: pozmywane naczynia, odkurzone podłogi, wyprane ciuchy, wyrzucone śmieci; za to brak ich wykonania widać z miejsca, bo kurzowe koty przetaczają się triumfalnie po panelach, brudne gary straszą w zlewie, niewyprane ubrania rzucają pełne wyrzutu spojrzenia z przepełnionego kosza w łazience, a zalegające w śmietniku odpadki debatują nad ogłoszeniem niepodległości i zaanektowaniem szafki pod zlewem jako swego suwerennego księstwa.

Agata Christie twierdziła ponoć, że najlepsze pomysły na kryminały przychodzą jej do głowy podczas zmywania, bo jest to czynność tak głupia, że zawsze ma ochotę kogoś zabić. Możliwe. Mnie coś podobnego napada, gdy stoję w kolejkach, bo kolejki (szczególnie te do lekarza i na pocztę) bardzo niebezpiecznie podnoszą mój poziom agresji.

Ale mniejsza z kolejkami, wróćmy do zmywania i podobnych. Tak, mogę zrozumieć, że Christie ogarniała podczas zmywania żądza mordu. Niemal każdy ma taką znienawidzoną głupią domową czynność. Taka nienawiść jest zrozumiałą i nie budzi zdziwienia. Gorzej, jeśli którąś domową czynność lubisz – wtedy wychodzisz na małego bzika. Albo dużego. Zależy od czynności.

Wstyd przyznać, ale lubię prać. Oczywiście lubię prać w dzisiejszych czasach i w dzisiejszych urządzeniach, bo na myśl o praniu ręcznym, na tarce (albo kijem na kamieniach, nad brzegiem rzeki, jak wieśniaczki w „Nocach i dniach”), sprawia, że mam ochotę uciec z wrzaskiem. Jednak pranie w takich warunkach, w jakich to się dziś odbywa, naprawdę sprawia mi przyjemność. Wywalić z kosza wszystkie brudne ciuchy, rzucając je odpowiednio na kupki: białe, czarne, kolorowe, delikatne, ciężkie. Zdecydować, która kupka jest już dostatecznie duża i włączenie pralki będzie ekonomiczne. Poszukać sprytnego sposobu połączenia mniejszych kupek (delikatne i pończochy; kolorowe i ręczniki; ciężkie i czarne skarpety, czarnych skarpet w każdym domu jest tyle, że można by nimi pokój wytapetować i jeszcze by parę zostało). Wsadzić do pralki, niektóre rzeczy umieścić wcześniej w woreczku ochronnym. Wrzucić kapsułki z płynem do prania, nalać płynu do płukania. Ustawić program. Włączyć pranie. Wyjść z łazienki z miłym poczuciem, że w koszu na brudy nie jest już tak tłoczno. Wrócić po wyznaczonym czasie, wysłuchać śpiewania pralki (moja informuje melodią, że cykl zakończony), wyciągnąć mokre rzeczy do miski, rozwiesić na suszarce. Cały zestaw czynności powtórzyć od nowa, ewentualnie smucić się, że suszarka taka mała i więcej prania już się nie zmieści.

Wiem, to głupie, czerpać przyjemność z czegoś takiego. A jest jeszcze gorzej. Bo zmywać też lubię.

To nie znaczy, że rzucam się na brudne naczynia z radosnym „Taktaktak!”, obłędem w oczach i regularnością żony stepfordzkiej. Chętnie zostawiam brudaski do mycia komu innemu, jeśli trafi się okazja. Kiedy już jednak muszę sama pozmywać – odprężam się. Mam wrażenie, że ogarniam własne życie, chociaż to ogarnięcie zaledwie paru (lub parunastu, ewentualnie parudziesięciu) skorup. Może to znów kwestia rutynowości, etapowości, cyklu następujących po sobie czynności? Posegregować naczynia. Umyć według preferowanej kolejności (kubki; talerze; miski; sztućce; garnki). Ustawić na suszarce lub wytrzeć i schować. Wytrzeć blat i przemyć zlew. Miłe uczucie ogarnięcia mikrowszechświata. (Tu zresztą mam nawet wsparcie literackie: tytułowa bohaterka „Pat ze Srebrnego Gaju” Montgomery lubiła zmywać; wyobrażała sobie kłótnie między talerzami i cieszyła się, widząc, jak zabrudzone powierzchnie stają się czyste).

Lubię zmieniać pościel. Przerzucić kołdrę i poduszki na krzesło. Wyciągnąć nowe poszewki i prześcieradło. Zdjąć stare prześcieradło. Założyć nowe. Zdjąć stare poszewki z poduszek. Założyć nowe. Ułożyć poduszki. Zdjąć starą poszewkę z kołdry. Założyć nową. Ułożyć kołdrę. Zakryć wszystko kocem. Ułożyć ozdobne poduszki na wierzchu.

Lubię słać łóżko – cykl jak powyżej, tylko bez zmieniania pościeli. Lubię składać suche ubrania – najpierw zdejmować z suszarki, rzucać na łóżko na kupki (moje domowe, moje wyjściowe, moja bielizna, jego bielizna, moje skarpetki, jego skarpetki, ręczniki) i według kupek składać (bielizna i skarpetki albo na samym początku, albo na samym końcu). Lubię obierać ziemniaki – jest w tym działaniu coś tak odmóżdżającego, że mózg mi odpoczywa (pod warunkiem, że mam obieraczkę, obieranie nożem to koszmar).

Lubię prasować. Rozprostowywanie i wygładzanie rozgrzanym żelazkiem pogniecionych ubrań wywołuje wrażenie podobne do tego przy zmywaniu – zapanowania nad rzeczywistością, przynajmniej tą w skali mikromikro. Odrobina uładzenia nieuładzonego świata, ograniczonego przez chwilę do sterty materiałów na desce.

No i wspomniane obieranie owoców – małe, krótkie ćwiczenie na cierpliwość, a także na uważność. Trudno obierać pomelo i jednocześnie robić coś innego, bo trzeba uważnie patrzeć, gdzie jeszcze zostało trochę skórki (nie tylko tej grubej z wierzchu, ale i tej cieniej, ochraniającej bezpośrednio poszczególne kawałki owocu) zostało. Granat, wymagający połamania na kawałki i systematycznego wyłuskiwania ziarenek, okazuje się świetną przygodą. Pomarańcza, choć mniej wciągająca niż wielkie pomelo, również odpręża. Kilka chwil, gdy robi się tylko i wyłącznie jedną rzecz, a zajęte ręce pozwalają odpocząć zwykle przeciążonej głowie – coś niesamowitego. Przy obieraniu owoców, jak rzadko kiedy, pozwalam sobie z pełną świadomością posłać w diabły multitasking. Powracającą dziś powoli do łask jednozadaniowość ćwiczę właśnie wtedy.

Nie, nie oszalałam, są też na szczęście głupie domowe czynności, których nie lubię. Nie lubię odkurzać. Nie lubię myć podłóg. Nie lubię (nie cierpię!) wyrzucać śmieci (i wkładać nowego worka do śmietnika) – te wątpliwe przyjemności staram się zrzucić na kogoś innego. Nie lubię podlewać kwiatów (dlatego tak szybko przy mnie więdną). Nie lubię wycierać kurzów ani myć ubikacji i kabiny prysznicowej. Za to w myciu luster i umywalki jest już coś, co wywołuje drobną przyjemność.

Zastanawiam się czasem nad głupimi domowymi czynnościami. Jak to jest, że wstyd się przyznać do ich lubienia, by nie poczuć się w cudzych oczach idiotką (lub nudziarą, lub pozbawioną ambicji kwoką)? Jak to jest, że strach się przyznać do ich lubienia, by nie usłyszeć „Skoro to lubisz, to ty to rób do końca tygodnia / związku / życia” (tak jakby lubienie czegoś oznaczało, że nie wolno Ci być zmęczoną, mieć inne plany albo zwyczajnie nie mieć na to ochoty)? Jak to jest, że mówienie o nich uchodzi tylko w kategoriach nielubienia, a hasło „ja to akurat lubię” wygląda na dziwactwo, zgrywanie się lub nieeleganckie wyłamywanie z jedynego prawidłowego dyskursu?

Jak to jest, że mimo swojego feminizmu i bycia genderowym betonem nadal mam gdzieś w tyle głowy zaklepane społeczne przekonanie „zmywanie, pranie i podobne = typowe babskie czynności, nudne, nieciekawe i trzeba walczyć, by druga strona w akcie wielkiej łaski też coś z nich na siebie wzięła”?

Mam to szczęście, że moja druga strona nie bierze tego na siebie w akcie wielkiej łaski; głupie domowe czynności porozkładały się jakoś same z siebie, niektóre wykonujemy wspólnie, niektóre na zmianę, niektóre zostały rozdzielone na zasadzie „ja tego nie lubię – o, a ja lubię, za to nie lubię tego – a ja lubię, no i po kłopocie”.

Ale to nadal są „głupie domowe czynności”. O których głupio się mówi, głupio się pisze i które głupio się lubi. Które pojawiają się tylko w poetyce narzekania lub żartu. Które – pomyślałam sobie w pewnej chwili – są tematem w sam raz na żartobliwy felieton, ewentualnie na ponury w wydźwięku artykuł o tym, jak nam te głupie domowe czynności zjadają czas, energię i życie; ale już nie na tekst w klimatach coachingowych, który zacząłby się na przykład poradą: „Chcesz ogarnąć swoje życie? Zaczynamy! Umyj najpierw brudne gary, wywal śmieci i wrzuć ciuchy do prania, to ogarniesz sobie podstawową przestrzeń życiową, a gdy pranie będzie się obracało w pralce, odpręż się na kanapie i spisz na kartce wszystkie rzeczy, które powinny tworzyć idealną dla Ciebie pracę”. Głupio, prawda? Czytelniczka chce poczytać o robieniu map myśli i analizowaniu siebie, a ja jej każę najpierw wsadzić do prania brudne gacie. Jakoś tak nie tego. Pozostaje felietonowe podśmiewanie się z własnej sympatii do głupich domowych czynności, z cichą nadzieją, że poza mną są jeszcze inne nieco nawiedzone kobiety (i mężczyźni!), które (którzy) lubią pozmywać, złożyć ciuchy czy zrobić pranie.

W końcu te głupie domowe czynności są potrzebne, by móc normalnie żyć, prawda? Skoro zaś są potrzebne – to być może nie są aż takie głupie. I może nawet zasługują na to, żeby je ktoś – czasem – choć trochę – lubił.

Mam taką nadzieję. Bo nie zamierzam zrywać z sympatią do robienia prania i obierania owoców. W końcu głupie rzeczy też mają prawo sprawiać mi przyjemność.

Autorka: Barbara Popiel

 

Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.