Góry… na dźwięk tego słowa przed oczami ukazują się ośnieżone szczyty, a na twarzy czuć delikatny chłód wiatru niosący z oddali zapach leśnego igliwia. W myślach stawiamy pierwsze kroki stąpając po kamienistych ścieżkach, czując pod butami ich nierówności. Wijące się wężowe szlaki; ogromne przestrzenie, okraszone zielenią pól i smukłych drzew, nad którymi górują skalne piętra. Wszystkiemu towarzyszy ogarniające uczucie maleńkości, wywołane konfrontacją z zaklętym olbrzymem, który przez miliony lat wyrastał ponad powierzchnię ziemi. Góry… fascynują i przerażają, budząc niekiedy skrajne emocje począwszy od wewnętrznej euforii do obojętności, wywołanej tym, że to tylko kawałek gruntu, który można odwiedzić podczas urlopu – mając minimalne wymagania, minimalnie docenia się to, co jest darem natury. Ci, którym nieobce są doznania wyższe ponad to, co ofiarowuje im zwykła codzienność świetnie odnajdują się w krajobrazie tak obcym, ale zarazem tak dobrze znanym, czując radość i zarazem też respekt przed każdym wyjściem na szlak. Strach jest nieodłącznym towarzyszem tych długich wędrówek – tu nic nie jest pewne, lekceważąc potęgę natury można stać się jej ofiarą; być pożartym przez drzemiącą w skałach siłę, formowaną przez wiatr, słońce, deszcz i setki lat. Góry są cierpliwe. Trwają i czekają w swej niezmienności. Obce są im ludzkie przyziemności jak obyczaje, moda. Tu nie ma znaczenia, który jest rok. Każdy wygląda tak samo. Szanując reguły dyktowane przez tą siłę można pewniej stawiać kroki, unikając gniewu ducha gór ciskającego w otchłań wszystkich tych, którzy zbytnią pewnością siebie ośmielili się mu bluźnić. Nie ważne czy podczas wyprawy przyjdzie nam spotkać legendarnego Liczyrzepę, czy też nie. Ważne abyśmy nie kusili losu, wszak przewrotność mitycznego górskiego stwora może okazać się jak najbardziej realna sprowadzając nieświadomie nieszczęście zbliżające nas ku ostatniej drogi życia jaką jest śmierć, lecz gdy oddamy górom należny im szacunek droga ta może znacznie się wydłużyć. Ów szacunek swymi korzeniami sięga pradawnych miejsc kultu jakimi były dla starożytnych ludów góry. Mistycyzm i oddawanie czci mocom zaklętym w skałach nie było wyłącznie domeną dalekich ludów celtyckich; również Słowianie posiadają swoje miejsce otoczone magią i tajemnicą. Ślęża – bo to o niej mowa od wieków stanowi zagadkę zarówno dla uczonych jak i ezoteryków. Jedni skupiają się na jej historii szukając genezy pradawnych kultów solarnych, drudzy zaś wierzą w „moc” jaką tchną pradawne rzeźby. I jednych i drugich łączą tajemnicze obrzędy sprzed wieków. Opuszczając już te mroczne tematy przejdźmy na słoneczną stronę stoku – w końcu to on jest najprzyjemniejszym widokiem dla spragnionego spokoju wewnętrznego ducha, będącego natchnieniem dla wszelkiej maści artystów chcących w swych dziełach uwiecznić ogrom i przestrzeń podziwianą przez tak wielu. Mickiewicz, Asnyk, Tetmajer, Goethe… oczami ich liryki odkrywamy przekrój przyrodniczych środowisk jakie przyszło im oglądać; od nagich skał po pełne majestatu szczyty, lecz trwałość ich słów umyka przed trwałością obrazu. W końcu to ten przekaz góruje nad ciągiem znaków tworzących słowa opisujące świat. Bez względu na to czy majestat gór uwieczniony jest na ascetycznych drzeworytach, czy też na płótnach pokrytych farbą nanoszoną przez pędzel. Obraz na nich uwieczniony daje wyobrażenie o tym, czego nie są w stanie oddać słowa. Tatry Jana Nepomucena Głowackiego zachwycały swym pięknem, podobnie jak te uwiecznione przez Walerego Eljasza – Radzikowskiego, choć Radzikowski do swego warsztatu prócz pędzla dołączał również wynalazek spopularyzowany w XIX wieku – aparat fotograficzny. Obaj artyści w swych dziełach prezentowali nie tylko naturę, lecz również samych mieszkańców gór, uwieczniając czy to zamkniętych w ramach obrazu czy też szklanego diapozytywu nie tylko ich kulturę i obyczaje, ale też nieustępliwy charakter jaki do dziś cechuje górali. Gdy nastała epoka filmu i dostępu do coraz to lepszego sprzętu służącego do rejestracji obrazu, ludzie którzy nawet nigdy nie byli w górach mogli się choć na chwilę przenieść do hemingwayowskich śniegów Kilimandżaro, tybetańskich klasztorów czy przepięknych Alp. Film jako nowa dziedzina sztuki dawał im tą możliwość. Reportaże z wypraw na Mount Everest, filmy dokumentalne czy w końcu fabularne ustawiały góry jako tło do właściwej akcji. W obecnych czasach ta forma wydaje się najbardziej przystępna dla tych, którzy nawet mimowolnie chcą poznać kawałek górskiego świata. Początkowo to właśnie filmy akcji były dla większości osób popularyzatorami górskich pejzaży. Alpejskie widoki z Tylko dla orłów (1968) z przepięknym zamkiem Hohenwerfen, czy niebezpieczne Dolomity z Na krawędzi (1993) do dziś zapierają dech w piersiach. Góry w obiektywie kamery to nie tylko niebezpieczeństwo i tabuny wrogów; to również refleksja nad życiem, przemijaniem. Odnalezieniem własnego miejsca na świecie, w którym rzeczywistość nie zawsze pozwala na kierowanie się własnymi przekonaniami. Taki właśnie jest Siedem lat w Tybecie (1997). Nie tylko refleksja nad tym co doczesne wychodzi na pierwszy plan górskiej tematyki. Myśląc o górach zazwyczaj kreujemy obraz w których są one zazwyczaj źródłem przyjemności i miejscem w którym można odprężyć się zapominając o rozmaitych troskach. Góry to nie tylko przyjemność i obrazowa majestatyczność. Dla pewnej grupy osób jest to miejsce pracy w którym ogromnym wysiłkiem zarabia się na przysłowiowy chleb. Góry to las, a las to drewno dające stałe źródło dochodu. W tym specyficznym ekosystemie egzystuje grupa ludzi, dla których las i góry to miejsce pracy takie jak każde inne. Drwale, kierowcy ciężarówek zwożących drewno… ich ślady znaczą błotniste ścieżki porozjeżdżane przez opony leciwych Prag i Tatr. To ciężka praca zarówno dla człowieka jak i pojazdu; wymagająca ogromnej siły psychicznej jak i fizycznej. Nie bez kozery nasi południowi sąsiedzi nazwali swą silną ciężarówkę tak samo jak pasmo trudnych gór… Tu konie mechaniczne nierzadko pracują na wespół z tymi żywymi – i jedne i drugie muszą znieść ogromne obciążenia. Jedną z pierwszych osób opisujących tą pracę był Marek Hłasko. Hłasko w opowiadaniu Następny do raju spisał swe doświadczenia z pracy sezonowej w bazie transportowej w Bystrzycy Kłodzkiej. Opowiadanie posłużyło za kanwę filmu Baza ludzi umarłych z 1958 roku. Szara rzeczywistość, codzienny trud wykonywanych zajęć. Pomimo upływu 50 lat leśne życie niewiele się zmieniło… i raczej już nie zmieni. Bo tak naprawdę to tylko dwie rzeczy na tym świecie pozostają niezmienne: wojna i góry.

Autor: Dominik Wiśniewski

Dominik Wiśniewski – dziennikarz i fotograf.  Fan motoryzacji i historii wojskowości. Nie obca mu literatura i sztuka – zarówno tych wyższych jak i niższych lotów. Czasami szyderczy i lekko stronniczy. Niepoprawnie polityczny kinomaniak i miłośnik podróży wszelakich.