Z życia dietetyka…. potyczki z utartymi schematami

google-485611_1920.jpgW dobie internetu możemy być ekspertami w każdej dziedzinie. „Doktor Google” zna odpowiedzi na każde nasze pytanie i wątpliwość. Jednym z owoców tego dobrodziejstwa jest fala sprzecznych informacji zalewających nas z każdej strony. Celebryci, sportowcy, znajomi, wszyscy są erudytami zasypującymi nas złotymi radami. Jak zwykły śmiertelnik, taki jak ja, który wie troszkę więcej w dziedzinie żywienia niż przeciętny zjadacz chleba, radzi sobie z tym wszystkim? Bywa ciężko, często bardzo demotywująco, dlatego zamiast pisać Wam jak być powinno, przytoczę kilka przykładów, które być może zobrazują jak często powielamy  poglądy, które po  analizie wydadzą nam się co najmniej zabawne.

Sytuacja 1.

Rozpoczynając kiedyś pracę w nowym miejscu, chwilowo miałam przyjemność dzielenia biura z Panią, bottle-841433_1920która piastowała kierownicze stanowisko w dziale gastronomii. Obserwując jej nawyki żywieniowe, zapytałam kiedyś, czemu je sam jogurt naturalny bez żadnych dodatków, np muesli czy owoce. Odpowiedziała rezolutnie, że w swojej diecie nie łączy białka z węglowodanami. Bez zastanowienia powiedziałam, że w jogurcie znajdują się przecież węglowodany pod postacią laktozy, czyli tzw. „cukru mlecznego”, na co usłyszałam: „aż tak bardzo się do tych zaleceń nie stosuję”…. Refleksja? Chyba lepiej byłoby powiedzieć „bo tak lubię”, niż głosić szkodliwe teorie dietetyczne 🙂


Sytuacja 2

Z racji wykształcenia i zawodu, często mam do czynienia z osobami, które zajmują się szeroko pojętą gastronomią. Większość z nich to wykształceni kucharze, którzy na żywieniu się znają, a przynajmniej znać się powinni. Teorii i wygłaszanych wykładów na temat tego co jest zdrowe a co nie, słyszałam już setki, a o to kilka przykładów:

  • można jeść tylko 4 jajka w tygodniu (nie ważne czy jesteś filigranową kobietką czy muskularnym facetem),
  • w dietach dla sportowców nie powinno używać się soli (może jeśli ów sportowiec w ogóle się nie poci?),
  • ziemniaki trzymane przez dłuższy czas w garze z zimną wodą są tak samo wartościowe (jeśli zapomnimy, że witaminy z grupy B rozpuszczają się w wodzie),
  • paróweczki cielęce to najlepsze śniadanie dla malucha (na początek sprawdźmy ile cielęciny znajduje się w produkcie i czy podanie skórek, pazurków i innych odpadów zwanych MOM rzeczywiście sprzyja zdrowiu),
  • zdjęcie pleśni z wierzchu słoika z dżemem nie ujmuje reszcie produktu (organoleptyczne nie, gdyż zarodników grzybów nie jesteśmy w stanie zobaczyć gołym okiem).

Moja sugestia na te wszystkie „rady” jest taka, aby analizować dokładnie sens wypowiedzi rozmówcy, wykorzystać swoją wiedzę, pomyśleć logicznie i… albo wpuścić jednym uchem, a wypuścić drugim, albo, jeśli rozmówca jest otwarty na dialog, przedstawić mu swoje stanowisko i rozmawiać o swoich wątpliwościach.

Sytuacja 3

thick-373064Podejście rodziców i dziadków do żywienia dzieci to kolejne pole walki. Dla mnie jest to temat rzeka, gdyż „batalii” podczas spotkań, szkoleń w przedszkolach i szkołach stoczyłam mnóstwo. Wychodzę z założenia, że każdy ma prawo żywić siebie i swoje dziecko, tak jak uważa za słuszne, jednak daleko idące przekonywanie wielu rodziców do bardzo szkodliwych teorii żywieniowych, doprowadza mnie do „globusa” (moje ulubione określenie z lektury „Nad Niemnem”). Sama wiem, jak trudno odmawia się swojej babci zjedzenia obiadu, a jeszcze trudniej tłumaczy, że pewnej grupy produktów po prostu nie jesz (szacunek dla mojej kuzynki wegetarianki, która do dzisiaj toczy nierówną walkę ☺). Babciny i maminy szantaż emocjonalny przybierał różne postaci, od wzburzenia, przez pouczanie, na płaczu kończąc. Podobne historie i nierówną walkę na polu edukacji żywieniowej obserwuję m.in. w przedszkolach. Kochane panie kucharki, dla których obraz zdrowego dziecka jawił się niczym ludzik Michelin, nie chciały przyjąć do wiadomości, że makaron ze skwarkami nie jest wzorcowym posiłkiem dla 4-latka. Innym razem kucharka, mama chłopca, usiłowała przekonać mnie, że skoro jej syn je tylko chleb z masłem i żyje (choć na zdrowego nie wyglądał), reszta dzieci nie musi jeść zdrowych, zbilansowanych posiłków. Nie zapomnę też pani sprzątającej, która zarzuciła mi, że warzywa przecież nie są zdrowe „przez te kwaśne deszcze”.

Wielkie korporacje przemysłu spożywczego nie pomagają dietetykom kształtować pozytywnego  światopoglądu żywieniowego rodziców i dziadków.

Reklamy np. soków owocowo-warzywnych i wód smakowych są stworzone tak, abyśmy nawet nie chcieli spojrzeć na etykietę i skład produktu.

Zrzut ekranu 2016-07-31 o 10.52.50Gdy podczas warsztatów pokazywałam ilustrację, na której widniało zdjęcie popularnego napoju dla dzieci wraz z ustawionymi kostkami cukru, które się w nim znajdują, nikt nie wierzył. „Przecież reklamy mówią, że to dla dzieci!”. Owszem, reklamy mówią, ale czy my musimy bez cienia wątpliwości w to wierzyć?images (1)
Przykładów mogłabym mnożyć bez końca, ale mam nadzieję, że kilka w.w. uzmysłowi nam wszystkim, że nie każda, nawet często powtarzana przez tzw. ekspertów teoria czy zwyczaj ma swoje uzasadnienie. Czasem wystarczy sięgnąć do podstaw ze szkoły i przełożyć je na sprawy codzienne, a odpowiedzi przyjdą same.

Magda ZarębskaMagda Zarębska

Dietetyczka, biotechnolożka, absolwentka Uniwersytetu Szczecińskiego i Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie, koordynatorka programów prozdrowotnych w szkołach i przedszkolach, konsultant gabinetów dietetycznych, animatorka sportowa. W wolnym czasie przerzuca ciężary na siłowni, eksperymentuje kulinarnie i czyta kryminały.