Jestem kapelusiarą. Uwielbiam kapelusze, kupuję kapelusze, noszę kapelusze. Mój kapeluszowy romans trwa już parę lat, trochę się tych kapeluszy nagromadziło, trochę doświadczeń z nimi się zebrało. Napisanie tekstu o kapeluszach chodziło mi po głowie (po rondzie?) od dłuższego czasu. Coś w rodzaju notatek okołokapeluszowych spisywało się w pamięci po drodze. Wygrzebuję wreszcie niektóre z tych pamięciowych zapisków.

Kapelusz to dziś takie dziwne stworzenie ubraniowo-dodatkowe, które wywołuje różne wrażenia, emocje i odbiór. Może nie do końca wiadomo, co z nim zrobić – i na swojej głowie, i na cudzej? Z jednej strony kusi i urzeka, bo kojarzy się z elegancją, indywidualnym stylem, niebanalnością; powiązanie go z pewnymi ikonami kina czy mody jeszcze to odczucie wzmacnia. Audrey Hepburn, Coco Chanel, Hanka Bielicka – nawet nie trzeba już nic więcej do nich dodawać, prawda? Z drugiej strony – może uruchamiać reakcję w rodzaju „odbiło jej”, „pretensjonalne”, „kreuje się na nie wiadomo co”. Czasem budzi zdziwienie (pozytywne lub negatywne), zwłaszcza gdy nie jest letni. Czasem śmieszy. Czasem… Długo by tak można. Niby jest modny i popularny (zdjęcia w gazetach, na portalach i socmediach pełne są gwiazd, gwiazdeczek i płoteczek w mniej lub bardziej udanych nakryciach), a jednak na co dzień na ulicy niewiele się znajdzie głów osadzonych w kapeluszach.

Kapelusz, ogólnie rzecz biorąc, jest trudnym dodatkiem. Wymagającym. Ot, choćby banalnie – wymagającym odpowiedniej fryzury albo przygotowania włosów. Grzywkę lubi przyklepać do czoła jak kafelek do ściany, kok lub ogon – zsunąć poniżej właściwej linii, tu coś przygnieść, tam coś rozczochrać. Jeśli spędziłaś przed lustrem godzinę na układaniu kunsztownej fryzury, a potem założyłaś kapelusz, to już wiesz: kapelusz jest zaborczym draniem. Bo teraz go do końca imprezy, spotkania czy innego wyjścia nie zdejmiesz, by nie pokazać ludziom tego ptasiego gniazda, które kapelusz Ci (nie)ładnie pod sobą uwił.

Kapelusz oczekuje, że sukienkę i inne dodatki (tak, dla kapelusza nawet sukienka jest dodatkiem!) dobierzesz pod niego: pod jego
kolor, jego fason, jego materiał. O mało nie napisałam “jego humor”, ale w gruncie rzeczy – czemu nie? Kapelusze też miewają humory. Gdy mają akurat ten gorszy, potrafią: a) wrednie zlecieć z głowy, gdy tylko zawieje mały wiaterek; b) zlecieć do brudnej kałuży – oczywiście na oczach wszystkich, którzy chwilę wcześniej podziwiali „ależ elegantka w kapeluszu!”; c) spaść: na okulary, bez których nie widzisz absolutnie nic / na świeżo zrobione rzęsy / na ciastko z górą bitej śmietany / na dopiero co zebrane z podłogi drobniaki, które z malowniczym turlu-turlu znów się turlają na wszystkie strony; d) dać się zapomnieć w kawiarni, restauracji, kinie albo sklepie, tak byś musiała wracać i robić minę à la rybka Dory „cierpię na brak pamięci krótkotrwałej”.

Kapelusz potrafi przekreślić lub podkreślić wszystko, co masz na sobie. Jeśli strój jest jak z żurnala, a kapelusz raczej w typie „wesoła hispterka na plaży”, żurnalowość pójdzie płakać w kąt. Jeśli sukienka jest prosta i banalna jak kanapka z serem, a kapelusz z wyższej półki – nagle wyglądasz niczym Carrie Bradshaw w jej lepszych wydaniach. Jeśli kapelusz sam w sobie jest szałowy i sukienka sama w sobie jest szałowa, to być może we wspólnej akcji spłatają Ci figla i zafundują szałowy inaczej outfit „choinka na odpuście”. Jeśli buty lub torebka będą się z kapeluszem gryzły, to nie martw się, już on będzie się umiał im (i Tobie) odgryźć.

Pod pewnymi względami z kapeluszami najłatwiej jest właśnie w lecie: po pierwsze, z tą porą roku najbardziej się one dziś kojarzą; po drugie, w sklepach pojawia się ich wiele, w różnorodnych kolorach, więc i dostęp łatwy; po trzecie, również ceny są dość życzliwe portfelowi. Jednak wbrew pozorom sprawa nie jest aż tak prosta. Kapelusze letnie w wielu wypadkach mają dość podobny krój (w gruncie rzeczy można by wskazać kilka stałych fasonów), do tego są z reguły słomkowe, więc o innej porze roku ich nie wykorzystasz. Słoma, wiadomo, lubi wychodzić – zwykle z butów, a czasem właśnie z kapeluszy (i wersja „elegancja Francja” zamienia się w wersję „gonił mnie wściekły byk”). Kolory jak kolory (choć niektóre połączenia bywają wyjątkowo nietrafione), za to dodatki – przepraszam, przystrojenia – wołają nieraz o pomstę do nieba. Kokardy przyszyte krzywo i umocnione na kroplę laku (tak to wygląda). Sztuczne kwiatki, które ktoś dla dodania efektu „świeżo zerwane z łąki” zgniótł w dłoni. Denko kapelusza – zwykle okrągło-owalne, co w zasadzie jest w porządku, tyle że w przypadku rozmiarów „uniwersalnych” (kto wymyślił tak bzdurny rozmiar?) można zakładać, że dziewięć z dziesięciu noszących będzie miało rondo w okolicach nosa. Do tego denko miewa często syndrom pępka ciężarnej – jego czubek, mały i wypukły, lubi sobie wystawać. Nie, nie wtedy, gdy kapelusz położysz na półce – wtedy, gdy go założysz na głowę. Uformujesz ładnie denko, założysz, kapelusz się nieco obsunie (uniwersalny rozmiar, pamiętasz?), a pępkowy czubek wyskoczy. I będziesz wyglądała jak kreskówkowy ufoludek z antenką. To, co u ciężarnej kobiety jest zrozumiałe i nie budzi zdziwienia, u denka kapelusza jest śmieszne i denerwuje. Rodno z kolei lubi zwisać – oczywiście na wystawie tak, że każdy się zachwyca, a na żywo, na Twojej głowie – tak, że każdy się zaśmiewa. Mało który letni kapelusz ma mocne, usztywnione rondo, które nie wygina się jak wściekły akrobata.

No i jeszcze kwestia tego, co pod kapeluszem. Bo co jest pod kapeluszem? Nie, nie chodzi o głowę. Pod kapeluszem nieraz jest – gumka. Taka tandetna, cienka gumka jak z barchanowych gaci. Ewentualnie tasiemka, niewiele lepsza. W zasadzie to przydatne – pisałam już coś o latających kapeluszach, prawda? – ale w praktyce wygląda paskudnie. Wyobraź sobie siebie z gaciową gumką albo strzępiącą się tasiemką pod brodą. Uroczy widok? Tak myślałam, że nie.

Kapelusze jesienno-zimowe są o tyle lepsze, że wykonane z porządniejszego materiału (filc, filc!), choć i to nie zawsze. Oczywiście przy wysokich temperaturach takie egzemplarze odpadają, a szkoda, bo kształt bywa naprawdę apetyczny. Natomiast reszta uwag o kapeluszach letnich tak samo stosuje się i tutaj. Poza tym przy kapeluszach jesienno-zimowych dochodzi problem fasonu: łatwiej znaleźć „babciny”, z okrągłym denkiem i małym rondem, najlepiej jeszcze puchaty, trudniej zaś taki „młody”, z dużym rondem i jakimś atrakcyjnym krojem.

Jeśli przejrzycie jeszcze raz wszystko, co dotąd napisałam, możecie dojść do wniosku, że sam początek – kapeluszomiłosna deklaracja – to chyba jakaś pomyłka albo kpina. Ale nie, przeciwnie – ja kapelusze naprawdę uwielbiam. Ze wszystkimi wadami, problemami, jakie stwarzają (ile razy zapomniałam kapelusza i wracałam z wściekłością lub obawą w oczach; ile razy musiałam na ulicy zmieniać fryzurę, żeby wreszcie usiadł porządnie na głowie, albo cały czas przytrzymywać go, żeby nie odleciał do ciepłych krajów; ile razy kombinowałam na wszystkie strony, żeby jakoś go zawiesić na zbyt małym haczyku), nie zawsze sympatycznymi reakcjami, jakie wywołują (pamiętam parę randek uatrakcyjnionych podejrzliwym pytaniem „Ty często nosisz kapelusz?”, komentarzem „Jak napisałaś o kapeluszu, to mi się skojarzyło z jakąś staruszką” albo wtrącająco-unormalniającą propozycją „Może go zdejmij?”) oraz niewygodą, na jaką czasem skazują (iść do kina w kapeluszu – fajna sprawa, wyróżniasz się, wyglądasz ciekawie, czujesz się szykownie; siedzieć w kinie w kapeluszu – niefajna sprawa, na głowę nie założysz, bo przeszkadza Tobie lub innym, na kolanach trudno utrzymać, zwłaszcza wraz z popcornem, na innym siedzeniu nie położysz, bo ktoś bezczelnie siedzi obok Ciebie, na podłodze też nie, bo potem ktoś nadepnie, może nawet Ty będziesz tą szczęściarą). Uwielbiam kapelusze mimo paru nietrafionych decyzji zakupowych (ten różowy słomkowy, z jakąś tandetną wstążeczką i sztucznymi kwiatami dookoła, który sama już nie wiem, czym mnie w sklepie skusił, nie założyłam go ani razu, a w szafie nadal siedzi), mimo paru zawodów fasonowych (na początku ronda tych trzech tak ślicznie opadały, odrobinę po bokach albo – też odrobinę! – na czoło, elegancko i tajemniczo, a teraz… a teraz zwisają jak niepodcięte bokobrody albo uderzają o czubek nosa) i mimo tego, że w niektóre wakacje założę je może ze trzy razy, bo na więcej pogoda nie pozwoli.

W kapeluszu człowiek uczy się życia. Uczy się pamiętać (bo inaczej będzie wracał z przystanku tramwajowego do toalety na drugim piętrze centrum handlowego, gdzie sobie radośnie powiesił kapelusz na wieszaku i równie radośnie zapomniał go zabrać po umyciu rąk). Uczy się przewidywać (że kapelusz poleci, gdy wiatr zawieje nieco mocniej, że spadnie, gdy się odruchowo pochylisz, że zasłoni kierowcy widok z boku). Uczy się godzić z wyższą koniecznością (nie ma końskiego ogona, bo kapelusz się nie da dobrze ułożyć, nie ma opierania się wygodnie o fotel w samochodzie, bo coś się zsunie albo zgniecie). Uczy się znosić cudze spojrzenia (kapelusz naprawdę przyciąga uwagę, choćby na chwilę; w gruncie rzeczy to świetna metoda pozbycia się strachu przed wystąpieniami publicznymi: założysz kapelusz, wytrzymasz przez cały sezon spojrzenia innych – i już żadna widownia Ci niestraszna). Uczy się mieć cudze opinie, uwagi i komentarze głęboko w nosie (nie  podoba ci się, że przyszłam na randkę w kapeluszu? Spoko, więcej na randkę z tobą w ogóle nie przyjdę!).

A przede wszystkim – uczy bawić się strojem, stylem, modą. Nie trzeba być wielką ani nawet małą szafiarką, by zafundować sobie taką odrobinę stylizacji.

Kapelusz pozwala poczuć się, w zależności od potrzeby, jak dama idąca na śniadanie u Tiffany’ego, jak gwiazda na czerwonym dywanie, jak lwica salonowa, jak rewolucjonistka stawiająca wszystko na głowie, jak groźna żyleta, której nikt nie podskoczy, jak… jak tylko zechcesz. Twój kapelusz, Twoje samopoczucie. Dlatego warto choćby od czasu do czasu założyć kapelusz i ruszyć w nim na miasto. Na spacer, po zakupy, do pracy – nieważne. Ważne, jakie wrażenie wywoła w Tobie ten kawałek słomy czy innego materiału na głowie. Spróbujcie, gdy tylko pogoda na to pozwoli.

Tylko najpierw przeczytajcie jeszcze raz wszystkie uwagi o kłopotach, niebezpieczeństwach i wyzwaniach związanych z noszeniem kapeluszy. Żebyście wiedziały, na co się przygotować. Potem już pójdzie jak z płatka (denka).

Autorka: Barbara Popiel

 Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.

 

 

Foto: Pixabay,

By Unknown – Illustration published in Les Elegances parisiennes, March 1917, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=19960327