Z pamiętnika alkoholika

Witam! Nazywam się Eustachy Bimber, ale przyjaciele mówią na mnie Szczypior. Mam czterdzieści trzy lata, choć wyglądam na znacznie więcej. Z zawodu jestem sprzedawcą na Stadionie Dziesięciolecia. Parszywa to robota, trzeba wstawać wcześnie, ale za to oprócz regularnego zasiłku otrzymuję dodatkowe pieniądze.

Handluję pirackimi płytami z jakąś dziecięcą muzyką. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego wszyscy krytykują piractwo. Przecież normalnie w sklepie krążek kosztuje pięćdziesiąt, sześćdziesiąt złotych, a u mnie piętnaście. No i co w tym złego? Po pracy idę z kumplami do sklepu monopolowego i zostaję tam do późnej nocy. Jeżeli chodzi o mój stan cywilny, to jestem kawalerem. Gdy patrzę w lustro, widzę wesołą twarz, skrzywiony nos, mętne, brązowe, zezowate oczy, głębokie zmarszczki wypełnione lepkim brudem, siwiejące, dawno nie myte włosy, z których ciągle sypie się biały jak śnieg łupież oraz wybrakowaną, żółtą i lekko wykrzywioną szczękę zadaję sobie pytanie: czemu żadna kobieta nie zechciała takiego przystojniaka? Wykształcenie też mam: ukończyłem szkołę podstawową ze średnią dwa zero! I tylko pięć lat kiblowałem! To dobry wynik, bo mój kolega Zenon, zwany Podbitym Oczkiem do tej pory nie ukończył nauki, a jest dużo starszy niż ja. Ogólnie wszyscy mnie lubią. Sam również jestem zadowolony z mojej osoby.

Bezlitosny budzik zadzwonił tego dnia przeraźliwiej niż zwykle. Znowu muszę wstać, kiedy to się skończy? Miałem zamiar zdezintegrować źródło denerwującego dźwięku, ale przypomniało mi się, że zrobiłem to w poprzednim tygodniu i zostałem zmuszony do wydania czterech złotych na nowy zegar. W związku z tym nie zadałem czasomierzowi lewego sierpowego, tylko spojrzałem na jego wskazówki. Moje oczy prawie wyszły z orbit (co już raz mi się przytrafiło, gdyż był to efekt wypicia mieszanki wódki i prochu strzelniczego). Godzina szósta dawno minęła! Oby tylko nikt nie zajął mojego miejsca na straganie…

Jak zwykle jechałem autobusem bez biletu, a nie złapał mnie kanar. Ja to mam szczęście. Wysiadłem na upragnionym przystanku i poszedłem w głąb bazaru. Moje stanowisko nie zostało jeszcze zajęte. Bardzo się ucieszyłem z tego powodu. Rozłożyłem składany, różowożółty stołek. Po kilku minutach podszedł do mnie pan Bolek Cichociemny, nielegalny dostawca płyt. Dziś miał dwa pełne pudła. Miałem zapłacić mu za ten towar trzysta złotych. Drogo, ale pieniążki muszą się pomnożyć. Sięgnąłem po banknoty do portfela i… Boże drogi, zapomniałem! Przecież wczoraj przegrałem wszystko w karty. Osiem baniek, prawie połowa majątku… Co za tarapaty! Pan Cichociemny na szczęście dał mi paczkę krążków CD na kredyt. Mam mu zwrócić dług jutro. Ech, życie jest jak kolejka w lunaparku: raz na dole, raz na górze, raz trzeba z tego wszystkiego zwymiotować…

Ranek na Stadionie Dziesięciolecia przebiegał szybko. Na sam początek podszedł do mnie jakiś dzieciak z odwróconym krzyżem i trupią czaszką na koszulce.

– Dzień dobry, ma pan jakiś dobry metal? – rzekł ów młodzian.

– Artykuły żelazne u pana Kazia. – odpowiedziałem pokazując palcem na pobliski stragan. Chłopiec popatrzył się na mnie jak na durnia i odszedł. Ech, ta dzisiejsza młodzież, ani krztyny inteligencji.

Potem na bazar przybyło więcej ludzi. Wyciągnąłem z torby denaturat. Wcale nie obchodzi mnie gadanie różnych mądrali, co mówią, że od tego napoju się ślepnie. Z każdym łykiem alkohol stawał się coraz smaczniejszy. Uczucie przyjemnego ciepła rozchodziło się po całym ciele. Lubię taką pauzę podczas pracy. Najlepiej jeśli przerwa będzie tak długa, jak ta między zębami pana Zenka. Wyjąłem z kieszeni moją liczną kolekcję kapsli po piwie i zacząłem ją przeglądać. Z natury piwo piję rzadko. Preferuję raczej żołądkową gorzką oraz tanie wino. Gdy jest mi smutno piję denaturat. Czasem potrafię zabalować i wymieszać spirytus metylowy z proszkiem do prania. Mój przyjaciel Franek Mocnogłowy posiada w domu laboratorium, co jest wynikiem jeszcze ciekawszych drinków. Pewnego dnia dolał wszystkim do wódki wodę toaletową. Co prawda jechało nam po tym z ust, ale i tak zakładaliśmy się wtedy kto dłużej wytrzyma bez mycia zębów, toteż efekt wypicia mikstury był nawet korzystny.

Czas pracy się zakończył. Pora wracać do domu. Autobus linii 135 dzisiaj był pełen kieszonkowców. Nawet jeden z nich podszedł do mnie, ale zrobiłem groźną minę i złodziejaszek został zmuszony do wysiadki na następnym przystanku.

Znajoma kamienica prezentowała się gorzej niż zwykle. Ktoś przed niespełna tygodniem pozrywał tynki, by sprzedać je na czarnym rynku. Niedawno, gdy dowiedziałem się, że mój głupi sąsiad, który pożyczył ode mnie papier toaletowy i do tej pory mi nie oddał, sprzedaje mieszkanie, specjalnie rzuciłem mu kamieniem w okno aby obniżyć cenę nieruchomości. Także miejscowy chuligan powypisywał na jego drzwiach niecenzuralne opinie. No i dobrze.

Do domu zaszedłem by odłożyć większą część zarobionych dziś pieniędzy. Wziąłem ze sobą tylko trzydzieści złotych na jakiś alkohol. Dziś pod żadnym wypadkiem nie dam się namówić na grę w kości albo pokera. A jak ktoś nie da mi z tego powodu spokoju to użyję siły fizycznej. Albo postawię mu piwo to wtedy na pewno się odczepi.

Sklep spożywczo – monopolowy mienił się jak zawsze jaskrawymi barwami. Z daleka mógł go zauważyć nawet człowiek dotknięty zapaleniem spojówek. Moje piękne, zaropiałe oczy ujrzały zaś rozkrzyczaną twarz pana Antka kłócącego się z jakąś starszą kobietą. Wyskrobałem palcem miód z ucha i zacząłem nasłuchiwać.

– Masz mi oddać moje osiem złotych, które pożyczyłeś ode mnie godzinę temu!- wrzasnęła staruszka, która po bliższym przyjrzeniu okazała się być moją sąsiadką Zenobią. Ze zdenerwowania oddałem Zenobii dług pana Antka. On zatem podziękował mi i podzielił się winem. Po chwili przyszła reszta moich kolegów. Rozsiedliśmy się przy plastikowym stoliku. Zenon słynny ze swego szczęścia znalazł pod meblem gumę do żucia. Sądząc po wyglądzie została przyklejona dopiero dziś rano. Znalazca nie chciał zabrać się za nią od razu, więc schował smakołyk do kieszeni. Potem zakładaliśmy się kto wypije więcej żołądkowej gorzkiej. Na samym końcu, gdy już byłem odpowiednio upity zacząłem opowiadać kawały. To była moja specjalność. Okoliczni powiedzonko “jesteś dowcipny jak szczypiorek na wiosnę” zamienili na “jesteś dowcipny jak Szczypior po setce”.

Ledwo doszedłem do domu. Klatka schodowa, numer mieszkania 16, klucz, gdzie jest klucz? A no tak, w tej kieszeni. Mimo wszystko ten dzień można określić jako udany. Budzik nastawiamy na godzinę piątą. I tylko żeby się rano nie popsuł. O na Boga, trzęsienie ziemi! Nie, to tylko wódka. Więc mogę spać spokojnie. Ciekawe co przyniesie jutro? Pewno wspaniałe przygody. I nowe, wyśmienite alkohole. Tylko niech Antek nie pomyli znowu szampana z szamponem…

Autor: myślozbrodnia

źródło: Artelis.pl.