ZAWODY CZYTELNICZE (NIEJEDEN MAJĄ TYTUŁ)

Zgodnie z ostatnimi obietnicami dziś miało być o dzieciach, ale jakoś uparcie chodzi mi teraz po głowie coś innego i nie mogę tej myśli namówić, żeby ustawiła się na końcu kolejki i poczekała, aż nadejdzie jej pora. Niektóre myśli i pomysły są niczym bezczelni wpychacze kolejkowi – ładują się przed kogoś bez pytania, bez pardonu, bez cienia wahania. O ile jednak bezczelnych wpychaczy kolejkowych ma się ochotę zadusić – albo przynajmniej dołożyć im dosadnym słowem – o tyle myślom i pomysłom się wybacza, bo przecież wpychają się nie ze złej woli czy z braku wychowania, tylko… no właśnie, tylko dlaczego? Chyba z powodu intensywności, pobudzenia i przejęcia, z jakim skaczą po głowie, z powodu swoistego myślowego ADHD, które dowodzi wartości i znaczenia tych pomysłów, nawet jeśli przy okazji wywraca do góry nogami ułożony wcześniej plan czy harmonogram. Mimo że z reguły zakładam sobie wcześniej, o czym napiszę kolejny felieton, niekiedy taki pomysłowy wpychacz kolejkowy dopada mnie znienacka i stwierdza: „O nie, teraz ja, nie będę czekać. Niech inni czekają, ja muszę natychmiast”. I nie ma zmiłuj, albo się człowiek podda, albo nic nie napisze.

Poddaję się zatem, odstawiam na bok temat dzieci i ulegam wpychaczowi kolejkowemu. Dzisiejszy wpychacz kolejkowy zwie się zawodem czytelniczym.

Zawód czytelniczy to coś, z czym prędzej czy później zderza się każdy w miarę wytrwały czytelnik. Z zawodem czytelniczym trzeba się liczyć i być na niego przygotowanym – w końcu nie każda książka, nie każdy autor spełni zawsze nasze oczekiwania, to jasne jak słońce i w gruncie rzeczy śmiesznym byłoby oczekiwać czegoś innego. Ale. No właśnie, ale – ale co innego przeczytać jakiś całkowicie przypadkowo wybrany tytuł i stwierdzić: „E, nie podobało mi się, trudno, idę dalej” – a co innego przeczytać książkę, wobec którejś z jakiegoś powodu miało się odgórne oczekiwania, i po zakończeniu lektury (lub, co gorsza, już w jej trakcie) przyznać: kompletne rozczarowanie. Albo nawet częściowe rozczarowanie, zawsze jednak rozczarowanie, niespełnione nadzieje, rozwiane złudzenia. Żal, pretensje i urazę, jakie potrafi wywołać czytelniczy zawód, znają wszyscy, dla których książka to jeden ze stałych elementów życia.

Poważnych zawodów czytelniczych przeżyłam w życiu kilka, trochę więcej było zawodów „zwyklejszych”, o mniejszej sile rażenia, choć równie przykrych. Jakiś czas temu wielkim zawodem okazała się „Gra w klasy” Cortázara – trochę, muszę przyznać, z mojej winy, bo książkę tę w całości przeczytałam po prostu o dziesięć lat za późno. Czytana parę razy (nigdy nie do końca) w wieku osiemnastu i dwudziestu lat zachwycała swoim dekadencko-dorosło-gardzącym banalnością klimatem; przeczytana od deski do deski w okolicach trzydziestki wydała się pretensjonalna, banalna do bólu i zupełnie o niczym. Inne utwory Cortázara – zwłaszcza opowiadania – biły „Grę w klasy” na głowę. Uwierzcie, było mi zwyczajnie przykro, że zdecydowałam się na ponowną lekturę; gdybym zostawiła „Grę”, nieukończoną, w spokoju, mogłabym wspominać ją z tym smakiem „ojej, jaka niezwykła” i myśleć o niej z mieszaniną zachwytu oraz poczucia winy (bo niedoczytana). Dawne wspomnienie czytelnicze zostało starte na proch w konfrontacji z odczytem po latach. To dowodzi, że nie do każdej książki warto wracać, o ile nie chce się zepsuć lekturowych wspomnień; niestety o tym, do której warto, a do której nie, człowiek dowiaduje się z reguły dopiero po podjęciu tego ryzyka.

Smutne są też zawody, gdy po zupełnie nową książkę sięgasz z pewnymi oczekiwaniami, spodziewasz się fajerwerków, wybuchów wulkanu i rozdzierającego uszy „ŁAŁ!”, a otrzymujesz mizerne „prrr” godne balonika, z którego spuszczono powietrze, i smętne „Och… noc cóż”, wymruczane bez głębszego przekonania. I nawet nie możesz powiedzieć, że książka była po prostu beznadziejna – to by znacznie ułatwiło sprawę i zakończyło temat; po prostu była zwyczajna, poprawna i przeciętna do bólu, a że Twoje Wielkie Czytelnicze Oczekiwania chlipią sobie cicho w kącie – trudno, Twój problem, trzeba się było nie nastawiać na nie wiadomo co.

Tylko że czasem trudno się nie nastawiać. Parę dni temu kupiłam sobie na przykład „Panią Fletcher” Toma Perrotty. Wcześniej się nasłuchałam i naczytałam, jaka to nowocześnie „pieprzna”, kontrowersyjna, genderowa, satyryczno-kpiąca, a zarazem erotyczna, niebanalna i współczesna opowieść – o kobiecości (i męskości przy okazji), o konstruktach, o genderze właśnie i och-jej-o-czym-jeszcze. Rzuciłam się do czytania, nastawiona na coś, co mną wstrząśnie, wywoła zachwycone „TAK!” albo oburzone „NIE!”, pokaże interesujące mnie tematy w intrygującym świetle.

Przeczytałam. I nic.

Oddajmy książce Perrotty sprawiedliwość: czyta się nieźle, miejscami wręcz dobrze, szybko, rzeczywiście nieraz jest zabawnie i bohaterowie do pewnego stopnia wzbudzają zaciekawienie. To niestety wszystkie pozytywy, jakie mi przychodzą do głowy. W rozrachunku literackim „Pani Fletcher” okazuje się bowiem… przyjemnie nijaka. Ot, całkiem niezłe czytadło na wolny wieczór, gdy człowiek ma ochotę na coś rozrywkowego, niezbyt ambitnego, lecz całkiem zgrabnie na ambitność pozującego. „Pani Fletcher” jest właśnie taka – dzięki wykorzystaniu kilku istotnych lub modnych współcześnie pojęć tworzy sobie sztafaż „ambitna pozycja”, a jeśli czytelnik nie odczuwa szczególnej potrzeby zaglądania za scenografię, może nawet nie zauważyć, że ubrana w terminologiczny kostium historyjka jest właściwie o niczym.

Chwytów scenograficznych jest zaś sporo. Sam gender na dzień dobry – gender ważny i bliski mi, potraktowany tu niemal wyłącznie w kategoriach rozważania, czy przespać się z tym, tamtym albo owamtą. Gender, konstrukt płci i seksualności, świeżo odkrywane przez tytułową bohaterkę na cyklu wykładów, w żaden sposób nie przekładają się na głębszą analizę jej własnej sytuacji czy sytuacji osób z jej otoczenia. Poznana w czasie zajęć wykładowczyni, pierwsza transseksualna osoba, z którą Eve Fletcher ma do czynienia świadomie, zostaje potraktowana głównie przez pryzmat „widać jakieś męskie cechy ciała, ale ogólnie niezła laska, trochę za wysoka” czy „trudno znaleźć pantofle na tak wielkie, niegdyś męskie stopy”. Nawet sama Margo – niegdyś Mark – Fairchild opowiada swoją historię w sposób mało poruszający i mało przekonujący. Scena o największym potencjale – moment, gdy Margo występuje przed seniorami i wyjaśnia im, co to znaczy „być transem”, a seniorzy szybko zaczynają reagować agresją lub w najlepszym wypadku mieszaniną kpiny i niedowierzania – rozchodzi się po kościach, zamieniona na końcu w towarzyskie spotkanie kilku studentów kursu genderowego, spotkanie skupione głównie na piciu alkoholu i flirtowaniu. Fakt, że Margo pokazała obcym ludziom tak osobisty fragment historii, bolesny i wstydliwy (no właśnie, dla kogo wstydliwy i czy w ogóle powinien być rozważany w kategoriach wstydu?), zostaje zapomniany łatwo i bezboleśnie. Samą Margo widzimy ponownie dopiero pod koniec powieści, skwitowaną krótkim stwierdzeniem: jej związek z jednym ze słuchaczy kursu przechodził kryzys, nie spotykali się przez całe lato, ale teraz znów są razem, jak fajnie.

Odkrywanie genderowej tematyki przez Eve Fletcher to zwykła kpina albo chwyt marketingowy nastawiony na złowienie pewnej części publiczności. Mnie właśnie on złowił – chciałam zobaczyć to odkrywanie, porównać perspektywę czterdziestoparoletniej kobiety z własną, z perspektywą innej bohaterki, młodszej ode mnie, i z perspektywą syna Eve, który miał „przekonać się, że świat związków i seksualnych relacji w dorosłym życiu wygląda zupełnie inaczej”. Zobaczyłam? Hm…

Zobaczyłam czterdziestoparolatkę, która z kursu wynosi tyle, ile jej się akurat podoba: nową przyjaciółkę, trochę odmienną od dotychczasowych, za to akurat dostępną do pogadania, oraz grupkę znajomych, z którymi miło się gada, ale których bez problemu się odstawi, tak samo jak nowe aktywności, gdy tylko syn rzuci studia i wróci do domu. Zobaczyłam rodzinną relację usługowo-poświęceniową, która mogła być zrozumiała jeszcze na początku, gdy Eve o genderze pojęcia nie miała i uważała, że to zupełnie normalne, gdy w dzień wyjazdu syna na studia to ona dźwiga ciężkie kartony z jego rzeczami, a w tym czasie Brendan (który, jak się później przechwala, całe wakacje „robił rzeźbę na siłce”) leży czy siedzi na łóżku, skacowany i zadowolony, że mamuśka dalej się sprawdza jako kierowca, bankomat i dźwig ciężarowy w jednym. Niestety późniejsze spotkanie pani Fletcher z tematem kulturowego konstruowania nie tylko płci, lecz także ról społecznych, pewne wyemancypowanie (ładny opis szoku, jaki przeżywa syn, gdy mamusia przez telefon mówi: „Sorry, kochanie, muszę kończyć, bo idę na zajęcia” – „Jak to, ona sobie wychodzi z domu, gdy ja dzwonię się wyżalić, i dobrze się bawi na studiach, gdy ja wszystko zawalam?”), a także znalezienie hobby oraz zaprzyjaźnionej grupy ludzi niczego do życia bohaterki nie wnosi, niczego w nim nie zmienia, niczego nie przemeblowuje w jej sposobie myślenia. Brendan rzuca studia, wraca do domu i obija się bez celu – więc ona też rezygnuje ze swoich zajęć, żeby „nie było mu przykro”, siedzi w domu i powraca do roli usługowo-zaopatrującej. Kolejny przełom nastąpi dopiero wtedy, gdy w życiu pani Fletcher pojawi się nowy mężczyzna – który załatwi synowi pracę, a jej rozrywki.

Ach, jest jeszcze kwestia seksualności, orientacji seksualnej oraz internetowej pornografii. Po wyjeździe syna na studia Eve odkrywa w sieci filmiki porno z bohaterkami, którymi są kobiety w jej wieku. Strona „Mamuśkodajnia” staje się „wieczornym rytuałem”. Potem – trudno określić, na ile pod wpływem obejrzanych filmików, a na ile z innych powodów – Eve zakochuje się w swojej podwładnej, o dwadzieścia lat młodszej dziewczynie. Panie krążą wokół siebie, raz jedna chce, raz druga chce, potem obie chcą, potem obie nie chcą, wszystko odbywa się w atmosferze serialowego tasiemca, a napięcia i erotyzmu w tym tyle, co kot napłakał. Gender też płacze – pewnie dlatego, że spodziewał się jakiejkolwiek refleksji na temat niejednoznaczności ludzkiej seksualności, a dostał jedynie amatorską analizę „jak to się odbywa w filmikach porno, a w realu jednak nie”. Wątpliwa pociecha. Swoją drogą, doktor Margo Fairchild chyba nie wspominała na swoich zajęciach ani słowem o skali Kinseya czy czymkolwiek podobnym. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę selektywny odbiór Eve, Margo mogła gadać o tym i przez trzy godziny, a jej uczennica pewnie i tak by nie usłyszała lub zapomniała.

Jeżeli po powyższych uwagach macie wrażenie, że jestem na książkę rozżalona, to nie macie racji, bo nie macie wrażenia, za to macie rację, bo jestem rozżalona (nie mogłam sobie odmówić tej małej słownej akrobatyki; wiem, że niczego do tekstu nie wnosi, ale muszę jakoś wyciszyć negatywne emocje postczytelnicze). Tak, jestem rozżalona, bo z obiecywanej tematyki genderowej dostałam co najwyżej kikut; jestem zirytowana, bo zagadnienia dotyczące kulturowego konstruowania płci, ludzkiej seksualności, odnajdywania się we współczesności wypełnionej niejednoznacznością i dyskursem o odmienności – oraz o prawie do tej odmienności! – zostały w moim odczuciu potraktowane jak makijaż, za pomocą którego banalną twarz przemieniono na chwilę w egzotyczną piękność. Jestem znudzona, bo po zmyciu makijażu okazało się, że mam do czynienia z powtórką „Bridget Jones” i podobnych opowiastek, trochę podretuszowaną i wypełnioną nowymi gadżetami. Jestem też zmęczona zabiegiem narracyjnym, zupełnie dla mnie nieuzasadnionym: Eve, podobnie jak wszyscy pozostali bohaterowie, otrzymuje narrację trzecioosobową, personalną, widzimy świat z różnych punktów widzenia (pomińmy na chwilę fakt, że wszystkie są równie nijakie i można by pomylić jeden z drugim), jednak z tym swoistym dystansem, jaki daje trzecia osoba; Brendan natomiast otrzymuje narrację pierwszoosobową. Lubię eksperymenty narracyjne, ale jak wspominałam, akurat w takim zabiegu sensu nie widzę. Powieść zdecydowanie na tym nie zyskuje. Czy traci? Trudno powiedzieć, bo w gruncie rzeczy niewiele do tracenia pozostaje.

To był zawód czytelniczy, stanowczy i wielki zawód. A wiecie, co jest najgorsze? To właściwie wcale nie jest zła książka. Czyta się ją całkiem nieźle, parę razy można się roześmiać, a jeśli ktoś ma ochotę na romansowe zamieszania polane popsosikiem nowoczesnego dyskursu, to może spędzić naprawdę przyjemny czas z „Panią Fletcher”. Problem pojawi się dopiero wtedy, gdy czytelnik sięgnie po ten popsosik, spodziewając się zupełnie innego dania – wtedy, niestety, niestrawność gotowa. Ja ze swoją jeszcze się męczę.

Tom Perrotta, „Pani Fletcher”, przeł. M. Borowski, Kraków 2018.

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.