Jedną ze słabości, do których musiałabym się przyznać, gdyby mnie ktoś z tych słabości odpytywał, byłyby (poza własnym psem, czekoladą, kryminałami i butami na wysokich obcasach) – horrory. Książkowe opowieści grozy i filmowe horrory są czymś, co podaję sobie w mniejszych lub większych dawkach w ramach odprężenia, odstresowania i służącej wyciszeniu się rozrywki. Naprawdę. To wyznanie wywołuje czasem dziwne spojrzenia wśród niehorrorolubnej części moich znajomych i bywa odbierane jako swoista kokieteria. Taka jest jednak prawda: horrory najzwyczajniej w świecie mnie odprężają i uspokajają.

 

Tylko co właściwie jest w nich takiego odprężającego?

 

Może chodzi o początkową idyllę – codzienne życie, zwyczajne, bezpieczne i miłe. Niekiedy wręcz nudne. Gdy ogląda się te pierwsze niewinne sekwencje, zaczyna się doceniać ową zwyczajność i nudę, bo poza nimi czai się groza, niebezpieczeństwo i rozpacz; poza nimi jest to wszystko, co wywraca ułożony ludzki świat do góry nogami. Aż chciałoby się bohaterów zatrzymać, zatrzymać ich zwyczajną chwilę, uchwycić ją i podsunąć pod nos – im, sobie – ze słowami „Patrz, doceń, bo zaraz to stracisz”. Aż chce się uśmiechnąć do własnej zwyczajnej chwili, ze wszystkimi jej problemami i wadami, bo i tak jest lepsza od tego, co lada moment czeka postacie.

 

Może chodzi o potrzebę napięcia i przestraszenia się. Starożytne katharsis w wersji pop? Czemu nie. Czyżbyśmy po cichu tęsknili za dawnymi czasami, czasami sprzed nowych technologii, globalnej wioski i nieustannego bycia online? Za czasami, gdy rzeczywiście coś się znajdowało za siedmioma górami, za siedmioma lasami, a my nie mieliśmy szansy dostać się tam wyczarterowanym lotem w ciągu kilkudziesięciu minut? Za czasami, gdy więcej rzeczy było niezrozumiałych niż zrozumiałych, a magia i nadnaturalność stanowiły naturalny element rzeczywistości? Za czasami, gdy duchom nie robiło się zdjęć ani nie badało się ich aktywności specjalnymi narzędziami, tylko, jak bogowie przykazali, uciekało się przed nimi z dzikim wrzaskiem? Być może – być może w ukryciu (nawet przed samą, samym sobą) tęsknimy za baśnią, taką typową, klasyczną baśnią, która trochę postraszy, a potem wszystko się dobrze skończy. Być może tęsknimy za duchami, które czaiły się w nawiedzonych zamkach. Być może tęsknimy za strachem, który i tak jest lepszy, łagodniejszy, życzliwszy niż nasze codzienne lęki egzystencjalne, ekonomiczne i społeczno-polityczne. W końcu najgorszy duch czy demon nie może się równać z politykiem na mównicy.

 

Może chodzi o happy end, który (zazwyczaj) nadchodzi po trudnych, przerażających, dramatycznych zmaganiach z duchami. Chcemy tego happy endu, prawda? A jednocześnie wywołuje on pewien zawód i odrobinę cynicznego „No jasne, jak to w filmie”. Horrory trochę się tu jednak wycwaniły: happy end bywa pyrrusowym zwycięstwem (część bohaterów jednak zginęła) albo happy endem ze znakiem zapytania (za plecami bohaterów, za to przed oczami widza pojawia się coś, co sugeruje, że to jeszcze nie koniec – charakterystyczny cień na ścianie, migająca niepokojąco żarówka, odbicie twarzy na szybie, poruszanie się przedmiotów, które powinny stać nieruchomo). Czasami nawet nie ma happy endu – w tym ostatnim momencie, gdy już chcesz wraz z postaciami odetchnąć i pokiwać z zadowoleniem głową, okazuje się, że coś poszło nie tak i straszący paskud powraca, by dokończyć robotę; ewentualnie główna postać musi się poświęcić, by uratować innych, co niestety nierzadko okazuje się niestrawnym patetycznym sosem na horrorowej przekąsce.

 

 

Pozostaje jeszcze kwestia tego, po jakie horrory się sięga. W moim przypadku odpadają filmy gore oraz wszelkiego rodzaju siekaninki w stylu „Laleczki Chucky”, „Piły” i podobnych. Nie lubię też młodzieżowych slasherów – zupełnie mnie nie kręcą historie kolejnych grupek nastolatków, którzy wybrali się w podejrzane miejsca tylko po to, by złe miało czym zapchać żołądek, i oczywiście w chwilach największego zagrożenia grzecznie się rozdzielali, by duch, demon czy potwór mógł ich pojedynczo wyłapać. Zauważcie jednak, że zmiana gustu to ogólna tendencja twórców i widzów – przecież dwadzieścia parę lat temu „Koszmar z ulicy Wiązów”, „Candyman” i podobne zapełniały ekran, a wspomnianą „Laleczkę Chucky” oglądałam, z wielkim zresztą zainteresowaniem, jako dzieciak. Dzisiejsze horrory z wyższej półki stawiają na klimat – i nic dziwnego, bo to właśnie klimat, napięcie i niepewność są tym, co tworzy prawdziwą horrorowi mieszankę wybuchową, nie zaś siekiery, odcinane kończyny i lejąca się krew. Jeden z wyjątkowo strasznych horrorów, japońskich zresztą (Japończycy mają fenomenalną umiejętność budowania klimatu), zatytułowany „Dark water”, pozbawiony był krwi i podobnych; jedyny ohydniejszy element to ludzkie włosy w odpływie umywalki (wypływały zamiast spływać). Trudno było po tym filmie wyłączyć światło przed snem (łazienka też stawała się trochę straszna).

 

Z dzisiejszych tytułów numerem jeden wśród horrorów są dla mnie obie części „Obecności” oraz „To” (oczywiście najnowsze, z 2017 – naprawdę przerażający i niesamowicie klimatyczny film. Obejrzana dla porównania wersja z 1990 roku wywołała dwa krańcowe uczucia – niesmaku oraz głupawego rozbawienia, oba z tych samych powodów: kiepskiej i sztucznej gry aktorów, pociętych wątków, pękającej co chwila linii fabularnej i grozy, która mogłaby konkurować ze „Śmiechu warte”). Poza tym mam ogromną słabość do wszelkiego rodzaju historii o nawiedzonych domach (z klasycznym „Duchem” na czele – ale jedynką, część druga i trzecia stanowiły już zarzynanie tematu, trójki w gruncie rzeczy w ogóle nie dawało się obejrzeć bez ziewania), pokojach i przedmiotach. Jeśli będziecie kiedyś mieć w ręku opowiadania M.R. Jamesa, to polecam „Nawiedzony domek dla lalek” – świetny przykład dziewiętnastowiecznej historii grozy, która naprawdę smakuje i naprawdę niepokoi mimo swojej pozornej prostoty i jasności.

 

Klimatyczny horror to rzecz wspaniała – a jednocześnie naprawdę trudna do stworzenia. Co w dzisiejszych czasach może nas przestraszyć – nas, których wiedza, tempo życia i problemy przeraziłyby naszych praprapradziadków? Co może przestraszyć ludzi XXI wieku, którzy w małym urządzeniu noszą cały świat i czekają na dostępne dla wszystkich loty w kosmos? Co może przestraszyć cywilizację, która szczyci się swoją (post)nowoczesnością, pragmatyzmem, technologią i możliwością wyjaśnienia w zasadzie wszystkiego? I czy w ogóle jest sens straszyć na ekranie lub na kartkach książki duchami, potworami albo nadnaturalnymi siłami?

 

Popatrzcie na wielkie grupy widzów w kinach podczas emisji horrorów. Tak, coś nas nadal może przestraszyć – i nadal chcemy, żeby coś nas przestraszyło. Znajdujemy w tym – my, miłośnicy klimatycznych horrorów – odprężenie, pobudzenie, powód do zachwytu. Sami tego nieraz nie rozumiemy, ale wiemy, że dobry horror jest jak doskonały deser lodowy – po ostatniej łyżeczce jeszcze długo czujesz jego smak. Po ostatniej minucie jeszcze długo czujesz niepokój.

 

Ten smak odnajduję również w starych filmowych horrorach – nierzadko bardziej naiwnych, mniej pomysłowych i z kiepskimi jak na dzisiejsze czasy efektami specjalnymi, a mimo to zdolnych utrzymać mnie w napięciu, zaskoczyć i wystraszyć. Odnajduję ów smak w powieściach grozy z XIX wieku; w porównaniu ze współczesnymi tamte historie są zwykle łagodniejsze, niedopowiedziane, subtelniejsze. A jednak to właśnie opowiadania M.R. Jamesa, Edith Wharton (tak, tej Wharton) czy Sheridana Le Fanu porywają mnie w niepokojący świat z pogranicza naturalnego i nadnaturalnego, uwodzą i zapraszają do ponownych odwiedzin. Ich niecodzienna niedosadność jest dodatkowym walorem. Dzięki temu zestaw „gorąca herbata, czekolada i opowieści grozy” jako plan na udany wolny wieczór brzmi naprawdę kusząco, i to nie tylko dzięki obecności herbaty oraz czekolady.

 

Horror sposobem na wypoczynek – myślę, że pod tym pozornie oksymoronicznym określeniem podpisałoby się sporo osób. Bo duchów, nawiedzonych lalek, wypełnionych demonami domów i nadnaturalnych mocy chcemy się bać. Nie chcemy natomiast bać się życia – tego codziennego, zwykłego i znanego. A horror pozwala choćby przez chwilę uwierzyć, że to, co groźne, niezrozumiałe czy przerażające jest tylko tam – w tych naznaczonych miejscach, budynkach, przedmiotach; i tylko w tej formie – duchów, demonów, potworów. Nie tu, nie wokół, nie w nas i w innych ludziach. Dobrze w to wierzyć, nawet jeśli to nieprawda.

 

I może to jeszcze jeden powód, dla którego lubimy horrory.

 

 

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.