ZJEDZMY ZNÓW PODWIECZOREK POD SUFITEM

O tym, że do przeczytanych książek się wraca, większość ludzi (nawet nieczytających) wie. Każdy ma swoje własne powody takich czytelniczych powtórek, każdy ma też własny zestaw powtórzeniowy. Ja mam trzy główne: kryminały, opowieści grozy i… książki dla dzieci. Kryminały – bo dobrze napisany kryminał potrafi trzymać w napięciu nawet przy dziesiątym czytaniu, a gdy już nie trzeba sobie łamać głowy pytaniem, kto zabił, można się skupić na śledzeniu przebiegu śledztwa i odkrywaniu, w którym miejscu pojawią się przegapione przy pierwszej lekturze tropy. Opowieści grozy – bo dobrze napisana opowieść grozy jest jak naprawdę nawiedzony dom: przeraża za każdym razem, gdy do niego wejdziesz. A książki dla dzieci – bo dobrze napisana książka dla dzieci… jest w zasadzie dla dorosłych. Brzmi dziwnie? A jednak.

Zauważyłam pewną regułę rządzącą kontaktem z książkami dla dzieci: 1) gdy jesteś dzieckiem – czytasz je z radością, namiętnością i przyjemnością; 2) gdy jesteś nastolatką, a potem tak zwaną „dorosłą młodzieżą” (wiek, na oko, od 17 do 25 lat), książki dla dzieci są dla Ciebie „czymś dla smarkaczy” lub „mnietonieinteresujem”; 3) gdy jesteś już w tym bardziej dorosłym niż młodzieżowym wieku, a po drodze zaliczysz przeboje z pracą, kredytami, bardziej lub mniej udanymi związkami i rozstaniami (miłosnymi oraz przyjaznymi), pożegnasz kilka młodzieńczych marzeń, a powitasz kilka niemłodzieńczych prawd o życiu, książki dla dzieci nagle stają się czymś, co odkrywasz na nowo, do czego wracasz, w czym odnajdujesz nowe znaczenia.

Spróbujmy to ująć w punktach.

Książka dla dzieci, lektura dziecięca:

–) ciekawa historia;
–) fajni bohaterowie;
–) pomysły na zabawy w domu i na dworze;
–) trochę przemyconej mądrości o życiu, pouczeń moralnych, systemu wartości i wskazówek, które zacznie się wyraźnie rozumieć i doceniać dopiero za parę(naście) lat.

Książka dla dzieci, lektura dorosła:
–) powrót do własnego dzieciństwa (ja to czytałam, gdy byłam mała, i ciągle wypożyczałam z biblioteki!);

–) powrót do utopijnej wersji dzieciństwa, takiej idealnej dziecięcej Arkadii, do której może przeskoczyć dzięki książkom każdy, nawet ten, kto dzieciństwa nie miał prawie w ogóle (tak wygląda idealne dzieciństwo, moje też takie było, no, prawie / chciałabym mieć pewne elementy z niego / chciałabym mieć takie choćby w jednej dziesiątej). To utopia, za którą się tęskni – i taka tęsknota jest dobra. Choćby dlatego, że widzisz, czego Ci brakowało i co wobec tego chciałabyś teraz dać swojemu dziecku – albo i sobie;

–) odprężenie psychiczne (dziecięce problemy z perspektywy dorosłej z jednej strony wydają się takie drobne, niewinne i nieobciążające, z drugiej – takie urocze, urzekające i przyjemne. To nie znaczy, że bagatelizujemy problemy dzieci w realnym życiu; po prostu te książkowe pozwalają dostrzegać jedynie lub głównie aspekty pozytywno-zabawne, nie negatywno-tragiczne. Zresztą, wiadomo – przecież to książka dla dzieci, więc musi się dobrze skończyć, prawda? A możliwość zatęsknienia do własnych problemów z lat dziecięcych albo powspominania ich z nostalgią, czułością i rozbawieniem potrafi nieźle odciążyć psychikę z dorosłych problemów).

W teorii wygląda ładnie, a w praktyce? W praktyce jeszcze lepiej. Jeśli nie wierzycie – kilka przykładów z moich własnych powrotów do lektur z dzieciństwa.

„Pat ze Srebrnego Gaju”, Lucy Maud Montgomery: gdy byłam mała, po prostu podobała mi się ładna, ciepła i wesoła (choć nie zawsze) historia Pat Gardiner. Gdy przeczytałam ją ponownie ze dwa lata temu, zakochałam się – zakochałam się w historii o miłości do własnego domu, własnego miejsca zamieszkania, miłości ogromnej, wypełniającej życie i stanowiącej element budowania własnej tożsamości. Moja powtórka „Pat” zdarzyła się akurat w najlepszym momencie, gdy najbardziej tego potrzebowałam, i uporządkowała mi pewne sprawy związane z moim domem.

„Ania ze Złotego Brzegu”, Lucy Maud Montgomery (tak, Montgomery trochę tu będzie): gdy byłam mała, najbardziej lubiłam „Dolinę Tęczy”, „Złoty Brzeg” był na drugim miejscu. Obecnie wybił się na pierwsze miejsce; ze wszystkich części „Ani” jest najzabawniejszy, najbardziej wypełniony sielskim dzieciństwem i pozytywną historią rodzinną.

„Czary Marigold”, Lucy Maud Montgomery – w dzieciństwie to była po prostu kolejna historia niebanalnej, charakternej dziewczynki. Dziś to kolejna historia o tajemnicach, blaskach i cieniach dorastania, odrobina komizmu i sielsko-wiejski landszaft.

„Jana ze Wzgórza Latarni”, Lucy Maud Montgomery – jako mała dziewczynka zachwycałam się historią o odnalezieniu swojego domu i urządzaniu go. Dziś zachwyca mnie to samo, tylko jeszcze mocniej – i porywa mnie opowieść o poznawaniu siebie, budowaniu własnej tożsamości i miłości do domu (sporo zresztą u Montgomery takich wątków).

„Mary Poppins”, Pamela L. Travers – i dawniej, i dziś dobrze się czyta o niani-czarodziejce. Mary Poppins ma w sobie tę magię, która sprawia, że można do tych powieści wracać w każdym wieku. Jeśli jako dziecko zazdrościłam Janeczce, Michasiowi, Bliźniętom i Basi takiej opiekunki (a zazdrościłam), to dziś zazdroszczę im przede wszystkim bycia dzieckiem, bycia w dzieciństwie, w którym jest miejsce na podwieczorki pod sufitem, latające laseczki cukrowe, tańce ze Słońcem i wyprawy w świat pękniętego talerza. Dziś, gdy mam ponad trzydzieści jeden lat i więcej wokół mnie panien Duduś niż Mary Poppins czy sprzedawców papierosów, lubię wracać do miejsca, gdzie proporcje są ustawione właściwie.

„Kubuś Puchatek”, A.A. Milne – moja mama musiała mi go czytać w kółko, aż w końcu nie mogła na niego patrzeć. Najgorsze, że nie pamiętam tej książki z dzieciństwa – może dlatego, że została wyparta przez kreskówkę. Obecnie przygody Kubusia Puchatka mają słodko-gorzki posmak dziecięcych zagubień, niezrozumień i nieogarnięć, o których się zwykle nie myśli, ale które gdzieś w pamięci pozostały. Milne jest jednym z niewielu znanych mi pisarzy, któremu udało się stworzyć taką krainę dzieciństwa – ani nie słodką, ani nie ponurą, baśniową, ale zderzającą się co chwila z zupełnie niebaśniowymi elementami, zachwycającą, a jednocześnie nieco zasmucającą.

„Oto jest Kasia”, Mira Jaworczakowa – w kółko wypożyczałam ją z biblioteki w pierwszej czy drugiej klasie podstawówki. Odnaleziona po latach w antykwariacie, zasiliła moje prywatne półki. W zasadzie dorosła lektura niczego nie zmienia – to nadal prosta i umoralniająca historia zarozumiałej i rządzącej się Kasi, która musi się zderzyć z nieprzyjemnymi zmianami w życiu; a jednak jest napisana w tak prosty, bezpretensjonalny sposób, który utrafia w to dziecięce „coś” w każdym człowieku, że miło znów po nią sięgnąć.

„Muminki”, Tove Jansson – z całą stanowczością twierdzę, że to nie są książki dla dzieci. Za dużo tu rozdarcia, zawodu, zderzenia z niekoniecznie złą, za to zwyczajnie niezbyt przyjemną rzeczywistością. Za dużo rozpaczy, która szarpie niektórymi postaciami. Teraz już rozumiem, czemu w dzieciństwie nie przebrnęłam przez „Tatusia Muminka i morze” – to przecież dorosła historia o ciągłych poszukiwaniach swojego miejsca i niemożności odnalezienia się, i konieczności stawienia czoła prawdzie: mojego życia nie zmieni zmiana miejsca, moje życie zmieni jedynie zmiana mojego myślenia, patrzenia, życia właśnie. A „Dolina Muminków w listopadzie” to klimat czysto beckettowski, z tą jedynie różnicą, że na końcu pojawia się nadzieja. „Muminki” to opowieść o potrzebie wędrówki, uciekania – od siebie, od innych – o własnej przestrzeni, o zderzeniach z innymi. Dziecko tego nie zrozumie i nie zgłębi, bo jeszcze czegoś podobnego – na szczęście – nie doświadczyło.

„Dzieci z Bullerbyn” i „Lotta z ulicy Awanturników”, Astrid Lindgren – Lindgren to jedna z tych autorek, do których całe gromady czytelników powracają po latach albo których nigdy nie porzucają. „Dzieci” są dla mnie kwintesencją utopijnego, idealnego, arkadyjskiego dzieciństwa, w którym największe problemy dotyczą spraw przyjemnych, codzienność wypełnia wspólna zabawa, a zakończenia są zawsze dobre. „Lotta” natomiast to urocze ujęcie dziecięcego marzenia o własnym pokoju, własnym mieszkaniu, niezależności, której kwintesencją jest wciągany na poddasze koszyk ze smakołykami i samodzielnie porozstawiane meble. Ja wiem, że to naiwna wizja niezależności, ale przecież w jakimś stopniu obecna i u dorosłych.

„Mała księżniczka”, „Mały lord”, „Tajemniczy ogród”, Frances Hodgson Burnett – Burnett miała świetną zdolność tworzenia bohaterów dziecięcych, którzy muszą się zmierzyć z jak najbardziej dorosłymi problemami i wychodzą z tego obronną ręką, nieraz lepiej niż dorośli, a jednocześnie nie tracą swojego dziecięcego ja. Plus to, co dookoła: w „Małej księżniczce” wciąż mnie uwodzą opisy strojów, które w ramach szkolnej wyprawki dostaje Sara i jej lalka Emilka; w „Małym lordzie” – lordowska posiadłość, pełna wszystkiego, o czym mały chłopiec mógłby zamarzyć; w „Tajemniczym ogrodzie” – właśnie tytułowy ogród, kolejne „miejsce własne”, które pozwala człowiekowi odnaleźć w sobie coś lepszego i zbudować swą tożsamość.

„Mikołajek”, René Goscinny, Jean-Jacques Sempé – nie wiem, czy można mieć naprawdę udane dzieciństwo bez Mikołajka i chłopaków. Nie wiem, czy można w dorosłym życiu w pełni zrozumieć czyjeś dzieciństwo bez Mikołajka i chłopaków. Z perspektywy dziecka najistotniejsze są przygody bohaterów. Z perspektywy dorosłego wyraźniejsze stają się relacje między dziećmi a rodzicami, nauczycielami, dorosłymi (zwykle pokazujące w krzywym i nieco niekorzystnym świetle tych starszych), dziecięce powtórki schematów znanych z domu (kto pamięta Jadwinię bawiącą z Mikołajem w dom? Przecież dziewczyna pokazała wtedy dokładnie, jak wygląda komunikacja między jej rodzicami). To, co pozostaje niezmienne, to komizm – i sytuacyjny, i językowy. Humor w „Mikołajku” jest prosty, bezpretensjonalny, niezłośliwy, nieraz taki „przy okazji”. To chyba największa siła tych historii – przypomnienie, jak zabawne potrafi być dzieciństwo. Tylko aby to sobie uzmysłowić, trzeba stanąć z boku tego dzieciństwa – jako dorosły.

I to chyba wyjaśnia wszystkie wcześniejsze uwagi: zabawność, magię, urzekający klimat i całą resztę najlepiej widać w książkach dla dzieci, gdy się je czyta jako człowiek dorosły. Bo póki tkwimy w samym środku akcji – tu: dzieciństwa – widzimy to, co się dzieje lub działo, widzimy z przodu lub z tyłu, pojedynczo, w kawałkach, w zależności od kierunku, w jakim spoglądamy. Gdy patrzymy z boku, niczym widzowie – widzimy całościowo, różne elementy zaczynają się łączyć i składać w coś większego. Dystans (fizyczny, psychiczny, doświadczeniowy) zmienia odbiór. To, co było ważne, może stać się nieistotne; to, co było nieistotne, może się okazać ważne.

Dobre książki z dzieciństwa potrafią wyjść obronną stroną z takiego zderzenia ze zmianą perspektywy czytelniczej. Właśnie dlatego, mimo tej zmiany, można do nich powrócić – i czasem odkryć coś zupełnie nowego, czasem coś ponownie docenić, a czasem, tak zwyczajnie – jeszcze raz szczerze, beztrosko, z zachwytem się roześmiać. Wywołanie dziecięcego śmiechu u dorosłego człowieka to umiejętność, którą mają tylko niektóre książki. Te naprawdę dobre. Na przykład dla dzieci.

Też macie swój zestaw z dzieciństwa?

Autorka: Barbara Popiel

Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.