ZNAK – ZNACZENIE – SENS: CZYLI WAKACJE BEZ BLISKICH

Lato skradało się leniwie, z pewną nieśmiałością. Kończyła się kalendarzowa wiosna. Bzy i konwalie przekwitły. Ich zapach był już niewyczuwalny. Miałam areszt domowy z uwagi na dysfunkcję gardła i krtani. Wszyscy zainteresowani czekali na zamkniecie okresu mojej rekonwalescencji i powrotu do czynności zawodowych, ale nie naciskali. Mnie się specjalnie nie spieszyło, odpoczynek ( chociaż przymusowy) traktowałam jako niezbędny, z uwagi na ciążącą na mnie odpowiedzialność utrzymania dobrego stanu własnego zdrowia. Z uwagi na kłopoty ze strunami głosowymi reglamentowałam kontakty telefoniczne i kontakty w ogólnym znaczeniu tego słowa. Inaczej mówiąc zahibernowałam interakcję ze światem zewnętrznym. Trochę mi jej brakowało, więc gdy mój telefon komórkowy zasygnalizował, że jednak ktoś mnie potrzebuje, poczułam zadowolenie. Tym bardziej ono wzrosło, gdy zidentyfikowałam nadawcę: była nią moja przyjaciółka Sofii zza płotu, graniczącego z moim ogrodem. Włączyłam tryb głośnomówiący i cienkim głosem zgłosiłam gotowość do rozmowy. Po błyskawicznym powitaniu, na które nie zdążyłam odpowiedzieć, Sofii, jako osoba energiczna, odrobinę despotyczna, ale również niezwykle wrażliwa, w potoku słów ( nie respektując żadnych przerw na oddech ) oznajmiła, że coś trzeba zrobić, z jakimś szesnastolatkiem, który miał coś zrobić, czy właśnie nie miał czegoś zrobić, bo właśnie teraz nie wiadomo co z nim zrobić, jak on czegoś nie…zrobi…chyba będzie źle! Na podstawie tego, co moja przyjaciółka wyemitowała jednym tchem, nie udało mi się zidentyfikować problemu, ani nawet jego tła, gdyż cała aranżacja była niespójna, zagmatwana i niezwykle emocjonalna. Zarejestrowałam tylko jedno, że jakiś szesnastolatek (młodzieniec płci męskiej), ma kłopot i należy temu zaradzić. Nie rozumiałam tylko przyczyny ekscytacji tym problemem Sofii.

Zaproponowałam więc, że jeśli jest w domu, to zapraszam do siebie, skróci to czas pozyskiwania niezbędnych informacji, umożliwiających rozważenie rozwiązań możliwych i koniecznych w odniesieniu do szesnastoletniego młodzieńca. Sofii wyraziła zgodę na natychmiastowe przybycie, ale z matką. Nie zdążyłam zapytać, z czyją matką mnie odwiedzi ( bo jej własnej w pobliżu nie było) i poprosić, aby z gościem, nie przeciskała się przez zamaskowaną dziurę w płocie, ( która skracała o 30 sekund wejście na moją posesję), tylko skorzystała z drogi cywilizowanej, prze furtkę. Nie udało mi się wyartykułować mojego życzenia, bo postać Sofii już w całości majaczyła w dziurze, ciągnąc za sobą damę o jasnych włosach, dziurawych dżinsach i podkoszulku z jakimś nadrukiem.

Przyjęłam panie w salonie i po wymianie grzeczności poprosiłam o zajecie miejsc w fotelach, z czego skorzystała tylko ( jak już się wyjaśniło) mama owego szesnastolatka. Sofii zajęła swoje ulubione miejsce na podłodze w siadzie skrzyżnym. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, zwracając się do obu dam: „…przez telefon, Sofii powiedziała mi coś o wszystkim, a teraz chciałabym usłyszeć wszystko o czymś.” W odpowiedzi panie popatrzyły najpierw na siebie, a potem na mnie, w sposób przywołujący mnie do porządku. Zrozumiałam więc, że nie mogę zadawać pytań w sposób, który lubię, tylko w sposób, który nie wymyka się poza granice standardu. Więc ponowiłam prośbę: „…co się stało?” Najpierw usłyszałam, że jeszcze nic ( co niezwykle dobrze rokowało), ale zaraz potem dowiedziałam się, że to „nic”, może szybko przerodzić się w jakieś „coś”. I do tego „ cosia” nie wolno dopuścić. Z relacji mamy Olafa ( nareszcie szesnastolatek doczekał się imiennej identyfikacji) wynikało, że jej dorastający syn, kategorycznie odrzucił propozycję wyjazdu na wakacje z rodzicami ( bagatela) na Hawaje, bo wybrał obóz przetrwania w bieszczadzkiej głuszy ( jeśli wierzyć, że taka jeszcze się zachowała). Uznałam, że problem jest banalny, ale biorąc pod uwagę fakt, że jest to pierwszy samotny wyjazd Olafa, doskonale rozumiałam, że oczekiwania w stosunku do mnie, mają pomóc przetransportować go w niskie, białe domki z wiatrakami pod sufitem, z nieskazitelnie czystymi basenami, wokół których królują niskie leżaczki, na których prażą się ciała różnej objętości i międzynarodowego pochodzenia. Mój mózg natychmiast wytworzył sobie hologram hawajskich przestrzeni, którego nie pozwoliłam mu budować w sposób niekontrolowany. Zwinęłam ów obraz, powstały w moim umyśle, w wymiarze 3D i patrząc nieco ponad głową mamy Olafa, powiedziałam:” …Cześć Olaf! Nie wiem, czy wiesz, ale zostałam zaproszona do przeanalizowania za i przeciw twojej wyprawie w leśną głuszę! Obiecuję tę kwestię dokładnie rozważyć!” Kiedy kończyłam zdanie obie panie popatrzyły za siebie, w kierunku drzwi , a potem wzrok skierowały na mnie. Machnęłam dłonią w geście przeczącym: …” nie, nie! Olafa tu nie ma! To ja sobie wyobraziłam, że tu jest! Ale go tu nie ma!” Widząc konsternację moich gości, nie próbowałam im niczego tłumaczyć, a tym bardziej oswajać ich z technikami, których zamierzałam użyć. Prawie natychmiast przeszłam do konstatacji problemu, zachowując przy tym ostrożność, aby już ostatecznie nie wystraszyć mamy Olafa. Popatrzyłam na nią z uśmiechem i powiedziałam: „…nie znam Olafa, nie wiem co lubi, czym się fascynuje, jakie ma oceny, ani jak wygląda ( tu jego mama wyciągnęła ramię w kierunku swojej komórki, aby zapewne pokazać mi zdjęcie syna, ale ją powstrzymałam), nie muszę tego wiedzieć. To niczego dodatkowego i użytecznego nie wniesie do naszej rozmowy, tylko zaburzy harmonie trzech płaszczyzn, tworzących trójkąt równoramienny, o trzech wierzchołkach z sygnaturą podstawy: „Z” – „Z” i sygnaturą wierzchołka „S”.

Zachowanie równowagi pomiędzy tymi płaszczyznami daje nam poczucie bezpieczeństwa, a jej brak wyrzuca, poza ich obręb, serwując niepokój i chaos. Decyzja Olafa, o nie uczestniczeniu z bliskimi w wakacyjnej wyprawie, zaburzyła pierwsze „Z”, czyli „ZNAK”. Syn wystawił czerwoną chorągiewkę na ZNAK braku akceptacji hawajskiego blichtru. Jeśli pojawiły się rozmowy przekonujące, a potem wymuszające na nim wycofanie się z jego pomysłu: zupełnie innego spędzania tegorocznych wakacji, została zaburzona kolejna przestrzeń, asygnowana drugim „Z”, czyli ZNACZENIEM, odnoszącym się do jego planów i jego projektów. Przy naruszeniu dwóch „Z”-tów, odsłania się wierzchołek góry lodowej, z sygnaturą „S”, oznaczającą SENS działania i wdrażania własnych pomysłów, współdziałania z grupą rówieśniczą i trenowania własnych porażek. Zaburzenie kontroli bezpieczeństwa, sprowokowane, naruszeniem równowagi „Z-Z-S”, wyrzuciło was poza STREFĘ KOMFORTU. I właśnie dlatego teraz o tym rozmawiamy.” Sofii ( znająca moje zachowania) milczała, ale mama Olafa sygnalizowała zagubienie, przerażenie i bezradność. Popatrzyła na mnie i zapytała: „ To, co ja mam teraz zrobić z tymi „ZeSami”? Bo teraz to już nic nie wiem, czy mam Olafka puścić w te Bieszczady, czy nie?” Odpowiedziałam natychmiast: „ Nie ma żadnego znaczenia, jaka będzie ostateczna decyzja: czy Olaf pojedzie z bliskimi, czy pojedzie sam! Kieruje tobą lęk o kogoś, KOGO KOCHASZ! Doskonale to rozumiem! Ale nie możesz bez przerwy trzymać nad nim otwartego parasola, bo przywyknie do EMOCJONALNEGO KICANIA, przed wszystkim, co nowe, obce i nie zawsze przyjemne ( np. porażka). Nie oswoi EMOCJONALNEGO DOZNAWANIA I POZNAWANIA SAMEGO SIEBIE. On musi wiedzieć i czuć, że się O NIEGO TROSZCZYSZ, a nie, że się O NIEGO BOISZ, więc go ograniczasz, oszczędzasz i osłaniasz. Czyniąc tak go, ubezwłasnowolniasz. Trzymasz go we własnej strefie komfortu i pod ścisłym nadzorem! Wiem, że jeśli nie wiesz, co robi twoje dziecko, będzie ci trudniej przygotować się na konsekwencje”. Chciałam dalej kontynuować wypowiedź, widząc w oczach mamy, jak początkowe przerażenie powoli ustępuje, przekształcając się w uwagę i skupienie. Ale Sofii, wychodząc zapewne z założenia, że znaczące chwile zajmują tylko minuty, uznała że moja wypowiedź może być zbyt zawiła w całej swej konstrukcji, bo nie omieszkała ją przerwać: „ Rozumiem jakieś płaszczyzny, znaki, litery alfabetu,( nie po kolei),strefy komfortu, czy czegoś tam, ale czy mogłabyś, jakoś szybciej dobijać do brzegu, bo przecież Aśka (czyli mama Olafa ), wciąż nie wie, co ma zrobić? Po co jej znać te znaki i płaszczyzny? Przecież nie powie Olafowi, że jak wypadli z jakichś Zetów, dwóch do tego, to eS też się urwało i dryfuje w jakimś nieznanym kierunku, więc synu z uwagi na ten fakt, jedziesz na Hawaje, albo co? No właśnie, albo co?” W tym momencie moja wrodzona ( prawdopodobnie) łagodność ustąpiła miejsca asertywności . Zachowując empatię w stosunku do zgromadzonych, wolno, ale zdecydowanie zaczęłam „dobijać do brzegu”. Wypiłam dwa łyki zielonej herbaty z miodem, grejpfrutem i imbirem, popatrzyłam na moje słuchaczki , przenosząc wzrok bardzo powoli z twarzy Sofii na Aśkę i powiedziałam: „Pozwól sobie na rozprzestrzenienie się twojego lęku o syna: odczuj go, ale nie unikaj, następnie oswój i zatrzymaj na jakąś chwilę. Spokojnie sobie pozwól na ujawnienie własnej niewiedzy dotyczącej pragnień syna, wątpliwości i obaw. Dopuść do siebie wszystkie emocje, szczególnie te, które są dla ciebie trudne. W niczym się nie ograniczaj i nie zatrać w emocjonalnym skąpstwie. Kiedy poczujesz, że ten stan cię nuży, lub staje się coraz bardziej obojętny, będzie to sygnał, że jesteś gotowa do rozmowy z Olafem.” Tu moją wypowiedź Asia przerwała, zadając kolejny raz to samo pytanie: „Ale co mam Olafowi konkretnie powiedzieć ?” Podjęłam więc decyzję, że teraz już nadszedł odpowiedni moment, aby zasugerować przeprowadzenie takiej rozmowy: ” Powiesz Olafowi, że jesteś niezwykle dumna, że możesz wciąż uczestniczyć w jego rozwoju i obserwować, jak sobie radzi w różnych sytuacjach. Cenisz w nim jego ODWAGĘ, DYSKRECJĘ i ORYGINALNOŚĆ. Poznałaś te jego cechy i dla ciebie są one naturalne, normalne, ale dla innych są NIEZWYKŁE, NIEPRZECIĘTNE i WYJĄTKOWE. Więc uważasz, że nadszedł czas, aby swoimi cechami podzielił się z innymi, żeby innym je pokazał i nie ustawał w ich ciągłym doskonaleniu. Zwracając się do niego w ten sposób, udowodnisz mu, że jesteś gotowa dyskutować z jego decyzjami .” Aśka, patrzyła na mnie z nieukrywanym zdziwieniem, a potem poprosiła o powtórzenie mojej finalnej wypowiedzi, żeby ją zapisać i niczego w niej nie pominąć i nie przeoczyć. Powiedziałam, że nie musi, wszystkiego tak dokładnie powtarzać, bo sama będzie wiedziała, co powiedzieć. Wolała jednak zapisać. Poczekałam chwilę, aż zapisała i schowała kartkę. Potem zaproponowałam herbatę, taka samą jaką ja piłam . A na pożegnanie powiedziałam:” Asiu! Znajdź własną granicę pomiędzy LĘKIEM, a TROSKĄ o syna. Jeśli nauczysz się to oddzielać, to wtedy dasz wam szansę na wspaniały rozwój. Nauczysz go ODPOWIEDZIALNOŚCI, a siebie, SZACUNKU do jego DOROSŁOŚCI”.

PS. Olaf wybrał Bieszczady!

Sławomira Anna Gruszewska

TUTAJ KUPISZ KSIĄŻKĘ „DAR DNA”

Sławomira Anna Gruszewska – prof US dr hab. psycholog, etyk, filozof związana z Uniwersytetem Szczecińskim. Uczestniczka wielu staży naukowych w kraju i za granicą, między innymi w Kijowie, Taszkiencie i Paryżu. Zajmuje się psychologią społeczną, psychologia twórczości, neuropsychologią i psycholingwistyką. Wykłada na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Szczecińskiego, w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, Szczecińskiej Szkole Wyższej Collegium Balticum. Współpracuje z wieloma uczelniami w kraju i za granicą. Konsultantka ds. kryzysów w Instytucie Socjologii Ukraińskiej Akademii Nauk w Kijowie. Fascynuje się sztuką i podróżami.