Zodiak to jeden z najniebezpieczniejszych zabójców w historii. Nieuchwytny i brutalny przez wiele lat terroryzował San Francisco i okolice siejąc strach wśród amerykańskiego społeczeństwa. Gdy zabił taksówkarza Paula Stine’a naprawdę niewiele brakowało by mógł zostać ujęty…

 

Czy był to tylko fatalny przypadek?

 

Dwa dni później gazeta Chronicle otrzymała list od Zodiaka opatrzony jego charakterystycznym symbolem (krzyż w okręgu przypominający celtycki); opisywał w nim ostatnie popełnione przestępstwo. Do przesyłki dołączył makabryczną zawartość będącą zakrwawionym fragmentem koszuli Stine’a.

 

Oto jego treść:

 

„Tu Zodiak.

 To ja zeszłej nocy, na rogu ulic Washington i Maple, zamordowałem taksówkarza, a dowodem na to jest zakrwawiony kawałek jego koszuli. To ja jestem tym facetem, który polował na ludzi w rejonie zatoki północnej. Świnie [pogardliwie na policjantów, przyp. autora] z San Francisco złapałyby mnie zeszłej nocy, gdyby przeszukały park jak się należy, a nie urządzały sobie wyścigi motocyklowe, sprawdzając, który motor zrobi najwięcej hałasu… Uczniowie są fajnym celem. Myślę, żeby któregoś ranka zmieść z powierzchni ziemi szkolny autobus. Po prostu przestrzelę przednią oponę, a potem wystrzelam dzieciaki, kiedy będą z niego wyskakiwały.”

 

List zasiał panikę wśród lokalnych władz. Podwojono patrole policji wokół szkół i placów zabaw. Dzieci oraz kierowców autobusów poinstruowano jak należy się zachować w chwili gdy padną strzały. Na szczęście pogróżki psychopaty nie zostały spełnione.

Za jakiś czas przyszła kolejna korespondencja w której Zodiak drwił z policji wytykając jej błędy popełnione podczas oględzin miejsca ostatniej zbrodni. W tym liście przyznał również, że zatrzymał go patrol policyjny wypytujący czy nie widział kogoś podejrzanego. Wmówił im, że widział zakrwiawionego faceta uciekajacego z pistoletem w ręku. Policjanci uwierzyli mu na słowo i odjechali.

Jego wcześniejsze groźby zaatakowania autobusu szkolnego okazały się makabrycznym żartem mających wzbudzić panikę w szeregach funkcjonariuszy (jednak motyw ataku na szkolny autobus nie przestał się pojawiać. Zodiak często do niego wracał).

Żartem nie okazał się natomiast schemat bomby dołączonej do korespondencji. Policyjni specjaliści zgodnie stwierdzili, że przedstawia on jak najbardziej realny ładunek wybuchowy. Zodiak w swoim liście nazwał go „machiną śmierci” którą przystosuje do „nowych zadań”; nie sprecyzował jednak jakie zadania miałaby „wykonać”, lecz jak można łatwo wywnioskować, ładunek posłużyłby do przeprowadzenia zamachu w którejś z zatłoczonych dzielnic San Francisco.

Bomba rzekomo miała posłużyć jako „gwarancja” gdyby policja chciała go „oszukać” stosując rozmaite prowokacje. Ogólna treść listu była bardzo chaotyczna i niewątpliwie zrodzona przez zwichrowany umysł. Redakcje miejscowych gazet i policja nie były jednak jedynymi adresatami listów Zodiaka.

27 grudnia 1969 roku znany prawnik z San Francisco Melvin Belli otrzymał w kopercie kartkę świąteczną z dołączonym do niej zakrwawionym fragmentem koszuli Stine’a. W jej treści zabójca prosił prawnika o pomoc ponieważ nie może sobie poradzić z rozchwianiem nerwowym i że po raz kolejny kogoś zabije (chodziło mu o następną, dziesiątą ofiarę). Badania wykazały, że pomimo rozpaczliwej treść korespondencja została przygotowana bardzo rozmyślnie i z wielką skrupulatnością.

Być może zabójca w ten sposób chciał zataić swój prawdziwy charakter, który mógłby posłużyć do sporządzenia rysu psychologicznego. Potwierdzałaby to celowa zmiana charakteru pisma. Czyżby psychopata planował coś większego? Belli nie otrzymał już nigdy więcej listów od Zodiaka. Przez 3 miesiące panowała absolutna cisza…

22 marca 1970 roku 23-letnia Kathleen Johns jechała swoim samochodem autostradą numer 132. Była niedziela, późny wieczór, okolice Modesto. W samochodzie prócz niej znajdowała się również jej mała córeczka. Kathleen była samotną matką dlatego często zabierała z sobą dziecko gdy nie mogła znaleźć nikogo do jej opieki. Długa i monotonna podróż dawała się podróżnym we znaki powodując narastające zmęczenie. W pewnym momencie w lusterku wstecznym zauważyła samochód, który migał do niej światłami. Jego kierowca robił to tak natarczywie, że postanowiła zjechać na bok i dowiedzieć się o co mu chodzi.

Zatrzymała się na piaszczystym poboczu, a tuż za nią srebrny samochód z którego wysiadł wysoki mężczyzna. Podszedł do drzwi od strony pasażera, przywitał się i oznajmił Kathleen że ma poluzowane tylne koło. Zaoferował jej pomoc przy przykręceniu; kobieta zgodziła się. Nie wysiadając z samochodu zauważyła, że mężczyzna wyciągnął z jej bagażnika klucz do kół i zaczął pracę. Po krótkiej chwili wrócił mówiąc, iż „robota jest skończona”. Johns podziękowała mu i uruchomiła silnik. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów tyłem jej samochodu zaczęło gwałtownie rzucać i negle odpadło koło.

Kathleen wówczas nie przeszło przez myśl, że kierowca który zaoferował jej swoją pomoc mógł by je odkręcić… W krótkim czasie podjechał do niej ten sam człowiek, którego spotkała wcześniej. Wyraził ubolewanie z powodu wypadku i zaproponował jej podwiezienie do najbliższego warsztatu skąd razem mogliby sprowadzić pomoc drogową. Zgodziła się. Z tylnego siedzenia wzięła swoją córeczkę i wsiadła do samochodu nieznajomego. Kierowca zdziwił się, że miała z sobą dziecko, ale nie stwarzał z tego powodu problemów.

Wszyscy razem ruszyli wzdłuż autostrady 132. Po paru kilometrach minęli warsztat, ale wydawał się zamknięty. Kathleen zaczynała się coraz bardziej niepokoić; minęło ponad 1,5 godziny a jeszcze nie udało im się znaleźć żadnej pomocy pomimo tego, że co jakiś czas mijali oświetlone stacje benzynowe. Dziwiło ją też to, że nieznajomy od czasu do czasu zwalniał i lekko zjeżdżał na pobocze. Ze strachem spytała się kierowcy czy zawsze pomaga w nocy ludziom, ten na to odparł: „Kiedy już się z nimi uporam, to już nie potrzebują żadnej pomocy”. Po tych słowach zatrzymał się.

Po krótkiej chwili dodał: „Kiedy już cię zabiję, to jadąc wyrzucę twoje dziecko przez okno”. Pomimo sparaliżowania strachem Kathleen wykorzystała nadarzajacy się moment, ścisnęła mocniej córeczkę i z impetem otworzyła drzwi uciekając jak najdalej od samochodu, chroniąc się w cieniu pobliskich wzgórz.

Z daleka obserwowała mężczyznę. Ten wysiadł z pojazdu, pokrążył chwilę wokół niego, po czym wsiadł i odjechał. Kobieta bezpiecznie uszła z życiem. Jej późniejsze zeznania na policji różniły się nieco między sobą, lecz da się to wytłumaczyć strachem.

W innej wersji mówiła, że mężczyzna w ogóle nie wysiadał z samochodu tylko postał parę minut i ruszył w dalszą drogę. Była pewna, że niedoszłym mordercą jest nie kto inny jak sam Zodiak. Policja odnalazła jej samochód w miejscu w którym go porzuciła – był doszczętnie spalony. Podany przez nią rysopis mężczyzny był zgodny z tym co podawali wcześniej świadkowie, zarówno ci z Vallejo jak i z San Franciso.

Media podchwyciły temat i opublikowały jej zeznania na łamach prasy… Na odpowiedź Zodiaka trzeba było trochę poczekać…

 

„Tu Zodiak

Jestem niezadowolony, bo nie nosicie znaczków z moim symbolem. [w poprzednich listach ubolewał nad tym, że nikt nie nosi jego symbolu na równi z popularną ówcześnie pacyfą, przyp. autora] Więc teraz mam małą listę, począwszy od kobiety z dzieckiem, którą pewnego wieczoru, kilka miesięcy temu zabrałem na dosyć interesującą wycieczkę, która skończyła się podpaleniem jej samochodu. [tu następował chaotyczny opis wszystkich potencjalnych ofiar zabójcy zakończony stwierdzeniem, że „nikt nie zostanie pominięty”, przyp. autora]

 

Listów przychodziło coraz więcej. Zodiak przyznawał się w nich do kolejnych zabójstw – w sumie ich liczba doszła już do 13 (ujął to w ”wynik” Zodiak: 13, policja: 0).

 

Ciągle drwił w nich z nieudolności służb i przyznawał się do zastrzelenia funkcjonariusza oraz przypadkowego mężczyzny siedzącego w aucie. Policja wzięła na poważnie wszystkie te wyznania, lecz zrodziły one pewne wątpliwości…

 

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ

 

 

autor: Dominik Wiśniewski

grafika tytułowa: autor

 

Dominik Wiśniewski – dziennikarz i fotografik.  Fan motoryzacji i historii wojskowości. Nie obca mu literatura i sztuka – zarówno tych wyższych jak i niższych lotów. Czasami szyderczy i lekko stronniczy. Niepoprawnie polityczny kinomaniak i miłośnik podróży wszelakich.