Przez wiele lata miałam syndrom „Zosi Samosi”, która wszystko zrobi sama i ze wszystkim sobie poradzi, ku uciesze oczywiście i męża i dzieci i innej rzeszy otaczających mnie ludzi. Sama posprzątam, bo będzie dokładniej, tak jak lubię, sama zrobię zakupy, bo będzie szybciej, sama przemebluję pokój, bo zrobię to po swojemu, sama wyrzucę śmieci, bo i tak już się obrobiłam z resztą, a ziemniaki już się gotują, sama wniosę zakupy, bo zanim mąż wróci z pracy, to ja już je wypakuję, pochowam itp. Całe życie w biegu, na dwóch etatach, na własne życzenie. Nie było dla mnie rzeczy niemożliwych do wykonania. Nie lubiłam i nigdy nie chciałam być kobietą, która robi z siebie przysłowiową Sierotkę Marysię. Przecież ja bohaterka zawsze sobie radzę sama. Dobrze mi z tym, nie powiem, ale… Właśnie: co za ale? Zazdroszczę kobietom, które nie zmieniają żarówek w domu, nie przybijają gwoździ, nie przesuwają mebli, nigdy nie jeżdżą do warsztatu z samochodem, nie pójdą same z dzieckiem do lekarza i ciągną tatusia (w końcu ojciec to też rodzic), bo dziś wiem, że większość z nich gdy będzie trzeba sama sobie poradzi.

One po prostu bardziej dbają o siebie, niż robiłam to ja.

Jeszcze kilka lat temu byliśmy z rodziną i rodziną szwagra na kilkudniowym wypadzie majowym: tzn było nas 2+2 i 2+2 (czytaj dwoje dorosłych i dwoje dzieci w każdej rodzinie). Ja oczywiście super zorganizowana żona i mama zadbałam o odpowiednie zapakowanie dzieci, siebie i męża. Na miejscu zabrałam się za rozpakowanie ubrań, przygotowanie posiłku, wykąpanie dzieci, pościelenie łóżek, zakropienie nosków, wyrzucenie zasmarkanych chusteczek, pozmywanie naczyń, poinformowanie pana męża gdzie aparat, piwo i skarpetki. Moja szwagierka w tym czasie… odpoczywała po podróży, bo zajmowanie się trzylatkami jako pasażer na trasie trzystu kilometrów ogromnie ją wykończyło, a jej mąż skakał nad nimi i nie czuł zmęczenia z tytułu prowadzenia samochodu do miejsca docelowego… Następnego dnia rano zeszliśmy (my, czyli 2+2) do kuchni przygotować śniadanie. Jakież było moje zdziwienie gdy Krzyś (szwagier) właśnie kończył nakrywanie do stołu. Na moje pytanie gdzie Kasia (jego żona), usłyszałam, że musiała dłużej odespać tę męczącą podróż, ale zaraz po nią idzie, bo trzeba pomóc jej zejść z dwójką dzieci po schodach :-0. Pomyślałam sobie wtedy z przekąsem: „biedna, co ona by zrobiła bez tego Krzysia”. Chwilę później pojawiła się kolejna myśl: „Nieźle się urządziła…” Dzisiaj myślę o sobie i o niej, że popadłyśmy w skrajności. Nadal podtrzymuję, że nie umiałabym i nie chciałabym być kobietą, która tylko wisi na swoim mężu, czy partnerze, ale wiem też, że robienie wszystkiego za wszystkich (bo będzie szybciej i lepiej) do niczego dobrego nie prowadzi. A piszę to dlatego, że efektem bycia Zosią Samosią, jest dziś wyeksploatowany na maxa mój kręgosłup, który jak się okazuje będę musiała długo leczyć, by za kilka lat być nadal sprawna.

Kobieta