Rozmawiam z Katarzyną Wajs. Rola życiowa żona i mama, z zawodu dziennikarka, z pasji twórczyni bloga „Żona marynarza”. Treści o fenomenalnym zasięgu, mnóstwo aktywnych uczestników. Duża interakcja, zaangażowanie nie tylko kobiet. Pani Kasia rozmawia ze mną kilka dni po porodzie. Ma szczęście, mąż jest w domu, choć można przytoczyć z jej bloga i w dyskusji na portalu społecznościowym, wiele historii kobiet, które nie miały tego szczęścia i rodziły, gdy mężowie byli w morzu. Na blogu pisze:

Jest to przestrzeń w internecie jak i w realnym świecie dla żon, kobiet marynarzy. Pasuje do wszystkich, którzy żyją w związkach na odległość

Kobieca Sprawa: Nie trzeba się zbytnio zagłębiać w treści, aby widzieć jak bardzo pozytywnie wpływa Pani na życie innych kobiet. Zacznę przewrotnie, bo nie od bloga ale od Pani.  Jaki ma Pani staż żony marynarza?

Katarzyna Wajs:  Poznałam męża, gdy już miał za sobą kilka rejsów.  Mieliśmy przez pierwszy rok związku to szczęście, że mogliśmy pofunkcjonować razem, bez rozłąki. Jesteśmy 10 lat razem. w tym 8 po ślubie.

K.S: W jak długie rejsy mąż pływa, czy w systemie: miesiąc na miesiąc?

Foto44K.W: Tak… ale szczerze mówiąc nie lubię tego tematu. Wiele osób uważa, że ten system to żadna rozłąka, żadne pływanie, więc nie ma się co pieścić, fajnie mam i już!  Wówczas zawsze mówię, że tak czy inaczej bilans jest pół roku, przy czym przy krótkich pobytach w domu, wiele jest zrobić trudniej. Jest dużo minusów tzw. organizacyjnych. Za to faktycznie o wiele lepiej jest przy małym dziecku. Mąż nie traci wiele z rozwoju dziecka. Mężczyzna wraca z morza naładowany emocjami i zazwyczaj  miesiąc nie wystarcza, aby złapać tzw flow, wyciszyć się, uspokoić i cieszyć w pełni rodziną.

K.S: Czy zostanie „marynarką” było świadomą decyzją? Czy jest tak, jak Pani tego oczekiwała, rzeczywistość odpowiada wyobrażeniom?

K.W: Absolutnie nie wiedziałam co mnie czeka! Powiedział, gdy się poznaliśmy, że pływa, a ja odparłam totalnie młodzieńczo, nie zdając sobie sprawy z czym to się wiąże:„no dobra to sobie pływaj” (śmiech)
Pewnego dnia, był to piątek powiedział, że w poniedziałek wyjeżdża na dwa miesiące. Dostał dobry kontrakt, nie było sensu dyskutować. „Jak to?”- zapytałam tylko, byłam w szoku. To był nasz taki pierwszy kontrakt, podczas którego zaczęłam sobie uświadamiać, z czym to się wiąże. Wcześniej nie spotkałam się z ludźmi nieżyczliwymi, którzy by odradzali, straszyli „nie bierz marynarza!”. Moi rodzice pracowali w polskich liniach oceanicznych, więc co prawda ten temat nie był mi obcy, ale dla obserwatora, a nie uczestnika tego życia. Abstrakcją jednak był fakt, że o tym, czym jest ten zawód i okoliczności mu towarzyszące dowiadujesz tak naprawdę gdy urodzisz dzieci. Bo dopóki zostajemy same, nie mamy zobowiązań rodzinnych, to mimo wszystko jesteśmy w stanie się naprawdę dobrze zorganizować. Natomiast gdy przychodzą dzieci i czujemy odpowiedzialność za rodzinę, wtedy widzimy, jak bycie marynarzową wpływa na życie rodzinne. Ja wtedy najbardziej odczułam minusy. Absolutnie wszystko trzeba przewartościować, bo i nawet do pracy nie można iść na takich samych zasadach…

K.S: Skąd pomysł na publiczną dyskusję i organizowanie się żon marynarzy? Po co to wszystko, czy jest potrzebne? Przecież będąc żona marynarza i mamą ma Pani co robić. Ktoś by powiedział: „siedź babo w domu i zajmij się „garami”.

K.W: Jestem zaskoczona, że to zadziałało. Bez względu na długość czy rodzaj kontraktu, wszystkie marynarki podobnie Foto44przeżywają swoje życie. Sama inicjatywa powstała prywatnie dla mnie. Czułam, że coś nie gra. Wszyscy naokoło mówili jak mam żyć, a mi coś tu nie pasowało. Mówili siedź w domu, rodź dzieci bo taki jest schemat, stereotyp, po co to zmieniać? Nie pochodzę z rodziny marynarskiej. Nie wiedziałam jak i co. Potrzebowałam informacji czy ktoś zyje tak samo jak ja. Wpisałam w Google frazę „żona marynarza” i jedyne co znalazłam to fora internetowe z mnóstwem negatywnych treści. To był czas FB. Założyłam fanpage’a i przez pierwszy rok miałam kilku rozmówców, może z osiem osób, które sobie po prostu rozmawiały. Choć pomysł kiełkował już wcześniej, ale nie wypalił, nie był ten czas. Absolutnie nie myślałam o stworzeniu strony www itd. Zwyczajnie chciałam w niedzielę wieczorem podzielić się swoją tęsknotą i samotnością, czuć że zostanę zrozumiana, że nie muszę komuś tego tłumaczyć. Trafiłam w międzyczasie na fajną grupę ludzi, którzy angażowali się społecznie i to oni namówili mnie na założenie bloga. W każdym miesiącu przychodziły nowe osoby i nawet nie wiem kiedy zrobiło się ich 8 tysięcy na FB. Obecnie blog odwiedza ok. 10 000 miesięcznie, przy czym musimy pamiętać, że jest to tematyka niszowa. Przypadkowych wejść jest bardzo mało.

K.S: Jest Pani relatywnie młodą kobietą, jaki jest odbiór Pani działań przez żony innych pokoleń, z innym stażem, pamiętających bardzo inne czasy? Jak one sobie radzą „nowocześnie” uzewnętrzniając swoje, kiedyś skrywane emocje?

K.W: Dla studentów mogę być już stara (śmiech). Bardzo dużo jest takich czytelniczek. Ich odbiór tego co robię jest świetny. Tu nie ma podziałów wiekowych. Łączy nas jeden temat bez względu na wiek. Oprócz rozmów w internecie, organizujemy spotkania. Kolejne z racji mojego porodu przyłożyłyśmy na marzec 2017 roku. Jesteśmy wszystkie per TY. Spotykam z samymi miłymi reakcjami, mailami. Często mówią, że szkoda, że za ich czasów nie było takich środków i obszarów komunikacji, inicjatyw. Przy czym nie ma żadnego wymądrzania się ze względu na staż. Dwudziestolatki dyskutują żywo i przyjaźnie z czterdziestoparoletnimi marynarkami. Czerpią od siebie wzajemnie. Starsze uczą się od młodszych nowoczesnych aspektów życia, przy czym wspominają z nostalgią (nie narzekając) dawne, może nieco trudniejsze ale swoje chwile, czasy.

Przyznam, że się trochę bałam ale okazało się, że tematem można łączyć skutecznie i na długo rożne pokolenia odbiór jest świetny bez względu na metrykę i staż.

K.S: Jak reagują Wasi mężowie i inni mężczyźni na to co robicie? Co mówią na Wasze intymne komentarze czy informacje o rodzinach, wydarzeniach? Dla mężczyzn uzewnętrznianie się wydaje się być trudne i uznawane jest często słabość. Jak Pani osobisty mąż reaguje, słyszy Pani reprymendy: nie mów za dużo, bo……”?

K.W: Ja tak naprawdę nie piszę głównie o sobie. Moje doświadczenia są jedynie pretekstem, tłem.

Gdyby moje życie wyglądało jak wszystkie treści na blogu, to byłoby bardzo ciekawie (śmiech).

Wpisy wynikają z mojej inspiracji ale nie stanowią głównego nurtu. Piszę dla kobiet ale wiem od czytelniczek, że ich mężowie i znajomi często czytają, a czasem nawet nie kryją się i komentują, pixabay-marine-hands-437968_1920dyskutują. Na moim blogu i FB obserwują, co ich partnerki przeżywają, jak to wygląda naprawdę. Okazuje się, że nie tylko ich żona tak żyje, ale większa grupa. Oni również reagują negatywnie na stereotypowe postrzeganie marynarza z kotwicą na przedramieniu, co to w każdym porcie ma „narzeczoną”. Marynarze przez treści bloga mają możliwość pozyskania bardzo niezależnych od swoich żon opinii na temat życia z nimi samymi. Inaczej to wygląda, gdy partnerka opowiada przez pryzmat siebie a inaczej, gdy już więcej kobiet mówi podobnie. To są fajni, normalni faceci, tęsknią za swoimi kobietami. Czasem widzę jak małymi kroczkami wyrażają publicznie emocje np. oznaczając w moich grafikach swoje żony i udostępniając dalej. Są ostrożni ale angażują się. U mojego męża było podobnie. Na początku bywało różnie. Wyznaje zasadę, że im mniej tym lepiej, więc np. nie pokazuję go na zdjęciach. Nie personalizuję w treściach. Jest takim bardziej „everymanem”. Nie chcę, aby ktoś śledził nasze prywatne życie. Nie o to chodzi. Chcę, żeby czytelniczka mogła czerpać coś dla siebie. Jedno miejsce dla każdego, gdzie może się poczuć bohaterem treści. Trochę jest chyba tak, że trzeba się oprzeć w opowieści na kimś konkretnym, bo wówczas nie wieje fałszem. Odwaga w pisaniu jest dla mnie bardzo ważna. Ćwiczyłam pomału „teren” np. tematy o przemocy, seksie.  Wiedziałam przecież, że mogą to czytać chociażby członkowie rodziny.

K.S: Czy można zatem powiedzieć, że jest to po trosze swoista psychoterapia dla mężów?

K.W: Im się wydaje, że tu jest dużo prościej i łatwiej, a żona nie będzie przekonująca. Czasem trzeba na pewne historie spojrzeć z zewnątrz. Wiem od znajomych, że bloga czytają także „nie marynarze”, panowie, których nazywam „odległościowcami” – pracujący na odległość, np żołnierze. Z tego co wiem pomaga im to przetrwać. Dla mnie nie jest ważne udowadnianie, że my to takie bohaterki, że mamy gorzej niż ci marynarze, albo inne żony.

Związek to nie jest walka o pozycję ale troska i wzajemne szanowanie się. Pojedyncze życie na lądzie jest bardzo inne od podwójnego w duecie.

K.S: Stereotypowa żona marynarza dziś się absolutnie zdezaktualizowała. Czytając bloga i komentarze wydaje się, że jest to już inny, zdaje się lepszy świat. Czy spotykacie się z wrogością, wyśmiewaniem, hejtami wynikającymi ze uprzedzeń (np.” jedzta, pijta, mąż pływa”)?

K.W: Tak, przerobiłam to, zwłaszcza gdy artykuły ukazywały się na portalach ogólnopolskich. pixabay-popeye-cone-1662571_1920„Obsmarowali” mnie głównie ci niezwiązani z morzem. Ostatnio opublikowałam artykuł w jednej z ogólnopolskich gazet w druku i online. Byłam w ciąży, opublikowano też zdjęcia i w elektronicznym wydaniu pojawiły się w komentarzach niewybredne i zalatujące stereotypami hejty typu: „ciąża żony marynarza, zrób chłopie testy!” Dużo mniej jest negatywnych emocji na bardziej celowanych, branżowych portalach, gdzie czytelnikami są ludzie znający to życie. Jeśli ktoś merytorycznie polemizuje wówczas reaguję, rozmawiam, dyskutuję. Każdy może mieć przecież swoje zdanie. Byle nie obrażać się wzajemnie. Ci wrogo nastawieni, nie będą rozmawiać, im zależy na lżeniu, obrażaniu, mówieniu o leniwych marynarzach.

K.S: Czy nie jest trochę tak, że patrząc z punktu widzenia kobiet nazwijmy wprost: feminizujących, jesteście prawie gejszami? We wpisie „Instrukcja odbioru marynarza” jest cała lista zadań na przywitanie męża, a w przedostatnim punkcie napisane: „Daj mu zrobić śniadanie. W końcu Tobie też coś się należy”. Tylko śniadanie? – krzykną feministki. To ja, dla mojej gwiazdy myję auto, maluję trawę, sprzątam cały dom, urządzam święto, podporządkowuję cały świat, wykładam czerwony dywan, a w zamian zrobi mi śniadanie? A dlaczego nie odwrotnie? Przecież ja równie ciężko pracuję w tym domu? Kiedy będzie moje święto? Co Pani im odpowie? Czy to zwyczajna służalczość, poddaństwo?

K.W: Feministka, która przeżyła tęsknotę, rozłąkę, nigdy by tak nie powiedziała. Tak sądzę, bardziej te panie, które żyją stacjonarnie z facetami lub ich nie mają. Jeżeli zakładamy rodzinę wchodzimy w związki, to nie po to żeby walczyć o pozycję ale wspierać się i szanować. My mamy ogrom niezależności i do tej służalczości jest nam bardzo daleko. Jako kobiety marynarzy tak naprawdę jesteśmy pół singielkami. My chcemy tego mężczyznę do miłości, a nie do codzienności. Celebrowanie powrotów jest skutkiem i wynikiem tęsknot, choć nie ukrywam, że tekst jest napisany trochę z przymrużeniem oka.

Te powroty podkręcają emocje, przypominają nam, że nadal chcemy być z tą druga osobą. Jeśli jedziemy na lotnisko i myślimy „o bossszze, znowu ten tam wraca”, nie jest dobrze. Celebracja powrotów jest jak randkowanie i myślę, że wszystkie marynarki wiedzą o co chodzi. Trudno to wytłumaczyć komuś, kto ma drugą osobę na codzień.

Swoją droga, myślę, że tak naprawdę, nam bliżej do tych feministek niż Matek Polek.

K.S:  Czytając treści na blogu i w mediach społecznościowych, czasem przychodzi iskierka podejrzeń, myśl, że to mężowie piszą pani piórem instrukcje dla żon. Skąd inspiracje dla tekstów, czy panowie sprytnie podpowiadają swoje przemyślenia, pomysły na teksty?

K.W: Ja czerpię z obserwacji. Wszystkie teksty poza gościnnymi, są mojego autorstwa, inspirowane życiami innych kobiet. Nie piszę tyko o obsłudze marynarzy, mówiąc w cudzysłowie. Postawiłam sobie dwa główne zadania. Dbajmy o swoich mężów i inspirujmy ich, aby oni dbali o nas. Drugi cel bloga to inspirowanie pań, aby zadbały same o siebie Nie schrzaniajmy sobie związków, frustrując siebie i otoczenie, wypośrodkowujmy. Happy wife happy life i tak to ma działać, ale żaden mężczyzna nie podpowiadał mi co mam pisać. Czasem podpytuję męża o zawodowe rzeczy, na których zwyczajnie się nie znam. Mam swoje wyobrażenia na temat takiego związku i widzę, że to działa

K.S: Patrząc na życie „marynarek” można śmiało powiedzieć, że jest to podobna służba jak samo bycie marynarzem? Czy czuje pani misję? Czy nie jest tak, że blog gloryfikuje status marynarza i jego żony – służebnicy? Co dla Pani oznacza bycie żoną marynarza i czym się rożni od bycia żoną górnika, stoczniowca, rolnika?

K.W: Trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Na pewno nie ma już podejścia, – „baltonowa żona”. Ja i mnóstwo marynarek żyjemy w Trójmieście i Szczecinie. To są metropolie, gdzie funkcjonują akademie morskie i tu jest mniej wykluczeń z grupy. Natomiast to nie spowszedniało w mniejszych miejscowościach. W głębi lądu żyją kobiety, które odczuwają ostracyzm, wykluczenia. Są oceniane przez pixabay-marine-cake-1543893_1920stereotypy. W tekście: „20 tekstów których nie chce usłyszeć marynarka” mówię właśnie o stereotypowych często obraźliwych reakcjach, treściach, z którymi się spotykamy. Z tego powodu zapoczątkowałam FB, bo mówiono mi rożne rzeczy wbrew temu, co naprawdę czułam. Nie musisz iść do pracy, po co ciebie stać itd. Dziś marynarze nie mają tego statusu zarobkowego jak kiedyś, w latach 70 – ych. Obecnie panuje kryzys także na rynku morskim, ale mało osób to wie, o tym się nie mówi. W internecie bardzo dobrze widać, że ludzie nadal myślą utartymi schematami. Wiem bardzo dobrze, co niektórzy ludzie o mnie myślą. Nie jest to może mocne hejtowanie, ale jest negatywne odczucie na pewno. Czytelniczka pochodząca z gór pisała jak to przychodzili do niej robić wywiady, tylko z tego powodu, że była żoną marynarza… W tym kontekście opisałam też pewną historię. Dziennikarz z anteny radiowej dodzwonił się do żony marynarza śródlądowego. Zapytał dowcipnie: to co w każdym porcie inna? Na co ona odpowiedziała: „tak inna karta sim….” (śmiech). Obecnie nie odczuwamy gloryfikacji ale nie ma też powszechnego potępienia. Czasem po prostu mini złośliwości.

K.S: Spotkania, sesje zdjęciowe, co kobietom marynarzy to daje? Czy chodzi jedynie o spędzenie czasu, rozrywkę, może poczucie przynależności do grupy z podobnymi problemami? Jakie cele przyświecają?

Spotkania kobiet marynarzy Mika Szymkowiak FotografiaK.W: Celem jest zebranie w jednej grupie osób podobnie żyjących, bez oceniania. Jednak skoro już jesteśmy takie bogate, bo zgodnie z ogólnie panującą opinią mamy mnóstwo „siana” (śmiech), organizujemy zbiórki charytatywne. Pomagałyśmy na przykład jednej z rodzin marynarskich. To bardzo smutna historia o żonie, która miała wylew gdy mąż był na morzu. Co roku organizujemy szlachetną paczkę, zbieramy rzeczy dla Ani, która uciekła z dziećmi bez niczego. Mąż okazał się niegodny. Nie lubię mówić o tych sprawach, bo nie robię tego dla chwalenia się, ale gdy jest głośniej to i łatwiej jest pomagać np. samotnym matkom. Daleko nam do ich sytuacji ale jesteśmy w stanie rozumieć pewne z tym związane dolegliwości. Tak więc nie tylko rozrywka ale i głębsze działania. To wychodzi samo z siebie.

K.S: Wiem już, że obiad zrobiony przez męża stygnie. Nie mogę jednak nie zapytać o stronę biznesową przedsięwzięcia, bo nie ukrywa Pani, że blogiem zarabia. Można kupić koszulki, kubki, gadżety z motywami marynistycznymi. Współpracuje Pani z reklamodawcami, sponsorami. Uważam, że to świetnie iż z pasji można uczynić źródło dochodu. Kobieca Sprawa uczy kobiety m.in jak monetyzować swoje zainteresowania, pomysły. Spotkała się Pani z zarzutem, że zarabia Pani na uczuciach, tęsknotach, życiu kobiet?

K.W: Dużo czasu minęło zanim zaczęłam w ogóle na tym zarabiać. Eventy kosztują i trzeba mieć zaplecze i wsparcie, sama obsługa strony i amortyzacja, wszystko kosztuje. Natomiast dalej ma to dla mnie wymiar bardziej społeczny. Nie jest tak, że są to kokosy. Jestem na etapie monetyzowania bloga bo stał się moją pracą i chcę, aby zyski były adekwatne do tego co robię. To nic złego zarabiać na tym co się czuje i lubi robić.

K.S: Jak Pani to wszystko „ogarnia”? Jak zachęci Pani kobiety do aktywności szerszej, niż opiekowanie się dziećmi, gospodarstwem domowym, codziennością?

K.W: Zupełnie nie wiem! Wydaje mi się, że nic nie robię. Jednak gdy się zastanowić to tak, robię dużo naraz, jednak nie odczuwam tego jako pracy. Jest to częścią mojego życia i tych wiele godzin, które spędzam nie traktuję jako obciążenia czy obowiązku. To chyba nie jest nic spektakularnego.

K.S: Skromna i pracowita. Dziękuję za rozmowę

K.W: Dziękuję

zdjęcia archiwum własne:

Zdjęcia córeczki i pani Katarzyny – Beata Foto 44

Zdjęcie grupowe ze Spotkania kobiet marynarzy: Mika Szymkowiak Fotografia