Rozmawiam z Moniką Pyrek. Kobietą, która wysoko mierzy. Mamą szalenie zakochaną w synku, wicemistrzynią świata w skoku o tyczce i … myciu okien. Kobietą zwyczajną i niezwyczajną.

K.S: Skąd dość szalony dla wielu pomysł na skoki o tyczce?

M.P: Z przypadku tak naprawdę. Zawsze byłam nadzwyczaj aktywnym dzieckiem. Biegałam za starszym bratem, będąc pod jego opieką. Chcąc nie chcąc byłam wciągana do przeróżnych aktywności ruchowych. Pamiętam, gdy chłopcy grali w piłkę nożną, często brakowało bramkarza. Stawałam więc na tej bramce… Dzięki bratu także trafiłam do lekkiej atletyki. Chodził na SKS – y (Szkolny Klub Sportowy – przyp. red.). Ja natomiast jako podopieczna brata, zawsze wówczas podpierałam ściany. Któregoś dnia nauczyciel poprosił, żebym do nich dołączyła, bo kogoś zabrakło. Okazało się, że w lot łapię reguły i zasady gry na boisku. W czasie ferii zimowych nasza drużyna miała zajęcia na hali lekkoatletycznej. Znów przypadek, los. Nasz trener się rozchorował i nie przyszedł na trening. Siedzieliśmy więc znudzeni wpatrując się w innych. Na hali trening prowadziła trenerka lekkiej atletyki, zlitowała się nad nami i zaopiekowała naszą drużyną tego dnia. Przeprowadziła z nami zajęcia lekkoatletyczne. Zakochałam się od pierwszego ćwiczenia. Właściwie przez całe ferie uczęszczaliśmy na te zajęcia. Po feriach zostało może z sześć osób. Po kilku latach tylko ja.

Tyczka natomiast pojawiła się trochę z przymusu. Mogę śmiało tak to ująć, bo trener poczynił szereg działań tzw. agitujących by mnie przekonać (śmiech).

Co prawda, gdzieś tam na świecie już zaczęły skakać dziewczyny,w Polsce natomiast była to nowa konkurencja w kobiecej lekkoatletyce. Trener wrócił z zagranicy i „testował” wszystkie dziewczyny. W tym czasie nadal byłam mocno zakochana w skoku wzwyż i ani mi w głowie było coś zmieniać.Trener będąc prawdziwym strategiem, zastosował tzw. przymus grupowy. Wszyscy musieli, więc i ja nie bardzo mogłam się wykręcić. Znów okazało się, że wszystko szybko „łapię” i po kilku miesiącach miałam już trzeci wynik w Polsce. Zostałam więc wdrożona do Kadry Narodowej. Oczywiście bez przerwy toczyłam boje z trenerem, że chcę nadal trenować skok wzwyż. Przystał na to i zapewnił, że można połączyć te dwie konkurencje. Rzecz jasna znów trochę mnie wziął podstępem. Zastosował klasyczny wabik, a ja dałam się nabrać (śmiech). Trenując z sukcesami tyczkę, bez przerwy tęskniłam za skokiem wzwyż. Pamiętam olimpiadę, Mistrzostwa Świata w 2009 Berlinie – MŚ, skąd przywiozłam srebro. Właściwie wróciłam już do Szczecina ale, że akredytacja nadal była aktywna wróciłam do Berlina aby obejrzeć konkurs skoku wzwyż kobiet. Patrząc więc obiektywnie, tyczka była trochę z przymusu ale z perspektywy czasu i tego co się działo, był to świetny wybór, w skoku wzwyż nie osiągnęłabym tyle. To jest coś dla osoby, która jest zdolna koordynacyjnie, ale nie siłowo i motorycznie. Ja byłam w stanie bardzo szybko pojąć aspekty techniczne co dawało mi przewagę nad dziewczynami.

KS: Jakie to uczucie wznosić się tak wysoko? Tak sobie lecieć, trochę w bezwładzie i polegać na obliczeniach, prawach fizyki i łucie szczęścia. Muszą to być silne emocje. Jest czas na strach, zawahanie?

MP: Jakie to uczucie? Od momentu wyskoku do wylądowania to jest jakieś 25 sekund. Towarzyszy temu  ogromny strach, ale automatyzm i młodzieńcza, wręcz ułańska  fantazja pozwalają to przeżyć pozytywnie. 99,9 % z nas ma moment zawahania. Stoisz gotowa do skoku i masz moment załamania, że nie dasz rady, nie skoczysz. Miałam kilka takich  momentów, zwłaszcza pod koniec kariery….

KS: I co wówczas?

MP: Permanentna walka ze sobą, non stop. Zwłaszcza, że mam paradoksalnie lęk wysokości (śmiech).

 

Mój przykład pokazuje, że każdy może zawalczyć i pokonać swoje ograniczenie. Nie ma jednak gwarancji, że lęki nie wrócą.

Z wiekiem było gorzej oswajać się z lękiem, pokonywać go. Mimo, że mi się nigdy nic nie stało, ani razu nie złamałam poważnie tyczki. Raz, podczas treningu miałam, nazwijmy to incydent. Trener przerażony podbiegł do mnie pytając czy żyję. Nie rozumiałam o co mu chodzi. „Przecież wylądowałam” – odpowiedziałam zdziwiona, tak więc żadnych poważniejszych przypadków.

KS: Oglądając tego typu dyscypliny człowiek od razu wyobraża siebie niedobre rzeczy. Mnie na myśl zawsze przychodzi – co jeśli nie trafi w materac? Zdarzyło się nie trafić?

MP: Tak, to są naturalne rzeczy. Niby na logikę wydaje się, że im wyższą dłuższą tyczkę weźmiesz, tym dalej wyżej polecisz, ale to nie jest takie proste. Prawa fizyki, obliczenia są kluczowe w wykonywaniu tej dyscypliny.
KS: Prawa fizyki a życie? Dziewczyny dziś lubią się bawić, żyć pełnią życia bez ram, ograniczeń. Było życie prywatne w trakcie kariery?

MP: Miałam to szczęście, że obecny mąż był wówczas moim narzeczonym i menadżerem. Miał możliwość jeździć ze mną na zgrupowania. Oczywiście wiązało się to z kosztami, musiał płacić za siebie osobno, ale czego się nie robi dla miłości (śmiech). W pewnym momencie oboje wiedzieliśmy, że to jest jedyne wyjście aby być razem, żeby to tak naprawdę wyszło. My, czynni sportowcy, jesteśmy spędzamy około 250 dni w roku poza domem. Do tej pory, choć jestem już kilka lat po zakończeniu kariery sportowej na myśl, że mam gdzieś wyjechać, chcę się schować. Choć pakuję się sprawnie w kilka minut, bo tego uczy sport, nie lubię wyjeżdżać z domu. Muszę dodać, że pakowanie nie należy do moich przyjemności. Nawet dziś, gdy mam gdziekolwiek jechać, choćby w celu rekreacyjnym, pomimo, że wiem, że będzie fantastycznie, czuję głęboką niechęć do opuszczenia ukochanego domu.

KS: Z bywaniem w domu w Pani przypadku było ciężko?

MP: Każdy z nas, sportowców chce mieć swój dom, do którego wraca, ale tak naprawdę nie do końca wie jak tam jest…

KS: Czy były momenty zwątpienia, kiedy powiedziała Pani sobie: „Nigdzie nie jadę, dość! Nie chce mi się! Chcę żyć, chodzić na dyskoteki, bawić się jak inni, jeździć na wczasy bez ciśnienia, rywalizacji”

MP: Aż tak to nie, choć z wakacjami zawsze był problem, bo przeważnie wolne miałam w październiku. Nie bardzo chciałam wyjeżdżać do ciepłych z krajów z powodów, o których wcześniej wspomniałam Z kolei pozostanie w domu kiedy z pogodą krucho, bo puka do drzwi  jesień, nie jest czymś przyjemnym.

Co do zwątpień, to śmieję się, że gdy już wątpiłam to nadzwyczaj dramatycznie. Rzucałam wszystko i natychmiast chciałam kończyć moją przygodę ze sportem. Wówczas kilka osób musiało mnie dość intensywnie namawiać, bym zmieniła zdanie. Przeżyłam dwa takie poważniejsze zwątpienia. Pierwszy raz straciłam wiarę w to co robię podczas igrzysk w Atenach w 2004 roku, kiedy postawiłam wszystko na jedną kartę. Równocześnie pisałam pracę magisterską, ostatnie zaliczenia, wykłady. Nie dawałam rady, musiałam wziąć dziekankę. To niestety był czas zmian systemowych na uczelniach. Duży stres, duże ryzyko, powrót na innych, nie znanych warunkach. Gdy wróciłam, dziekan bardzo ładnie się zachował i pozwolił mi skończyć studia w „normalnym” trybie. Było bardzo trudno, wielka samodzielność, trochę osamotnienie, bo zajęć już nie było. Wówczas to nauczyłam się pokory i cierpliwości, bo rodzimą uczelnię miałam w Gdańsku. Zdarzało się niekiedy, że jechałam setki kilometrów na darmo, bo na miejscu okazywało się, że zajęcia są…. odwołane. To był bardzo trudny czas, także w sporcie, „wylądowałam” na czwartym, a więc najgorszym dla sportowca miejscu. Dla Polski co prawda był jeden medal z tyczki – wywalczyła go Ania Rogowska. Natomiast dla mnie osobiście był to moment, kiedy zapytałam siebie: po co mi to wszystko. Pamiętam, gdy byłam młodsza i obserwowałam starszych, dwudziestokilkuletnich kolegów, myślałam sobie, że ja w ich wieku z pewnością nie będę skakać o tyczce. Jak widać pomyliłam się i miałam wiele więcej lat, gdy zakończyłam karierę. Wtedy bardzo pomogli mi trener Wiaczesław Kaliniczenko i mój mąż. Ówczesny prezes MKL Szczecin, pan Paweł Bartnik także bardzo wspierał mnie w pozostaniu w sporcie.

KS: Nie kryła Pani w sobie tych emocji?

MP: Nie, ja dosyć głośno i stanowczo wyrażam swoje emocje, więc od razu wiedzieli co się dzieje (śmiech). Doszliśmy do wniosku, że nie mogę być skupiona na jednej rzeczy, musi być jakaś odskocznia np…. pies, kolejne wyzwanie. Spędzałam całą zimę w Spale. Tam wchodzisz i znikasz. Nie ma cię przez kilka miesięcy. Wszystko co potrzebujesz do trenowania i pomiędzy jest w jednym budynku. Na dobrą sprawę nie ma potrzeby wychodzenia, a to mocno rozleniwia.

KS: Pies to Pani pomysł?

MP: Pies był mi potrzebny, by choć na chwilę wyjść na zewnątrz, nabrać perspektywy, odetchnąć.
Miał być odskocznią od sportu i myślenia o nim. Psa wymyśliłam sama choć długo się wahałam.
Mój ukochany Rocky został przywieziony w tajemnicy przede mną. Był cudowną niespodzianką. Mąż go kupił wraz z całą potrzebną wyprawką i przywiózł do Spały. Tak jest z nami do dziś, 8 lat.  Jest wyjątkowo łagodny jak na tę rasę (Jack Russel Terrier). Panuje powszechna opinia, że te psy nie przepadają za dziećmi. Choć mój syn jest dość uciążliwy dla Rockiego,  ten mu tylko raz pokazał mu kły, gdy już naprawdę zabolało.

KS: Skoro doszłyśmy do rodziny. Jak to się wszystko u Pani przemodelowało? Jak przejść z wielkiego świata sportu, nastawienia na wyniki i sukcesy do świata mamy, pani domu rodziny? Dotychczas częste wyjazdy, życie na walizkach, a tu nagle małżeństwo, dziecko, pieluchy, dom…

MP: To wszystko było bardzo przemyślane. Nie wyobrażałam sobie życia na walizkach z małym dzieckiem. Chciałam mieć dziecko po zakończeniu kariery. Nie chciałam połączenia stresu związanego ze sportem wyczynowym i bycia mamą. Mam koleżanki, które urodziły i kontynuowały karierę, ale nigdy tak naprawdę nie wróciły do dawnej formy. Sport to ryzyko, a ja nie chciałam ryzykować zdrowiem, będąc mamą. To jest już inne myślenie. Troska o dziecko nie pozwala na ryzykowne, ułańskie poczynania. Pierwszy przykład z brzegu. Przypuśćmy, że jadę na Mistrzostwa Świata, a moje dziecko ma gorączkę. Co wtedy? Emocjonalnie nie do zniesienia, wewnętrzne rozerwanie, ze szkodą dla dziecka, dla sportu a na końcu także dla mnie. Nigdy wcześniej nie podejrzewam siebie o to, ale oszalałam na punkcie synka. Co prawda wszystko zaplanowałam. Myślałam pragmatycznie: mam Hashimoto, kończę karierę, teraz jest ten moment. Moment na kolejny najważniejszy chyba krok w moim życiu. To był słodki i kochany cel.

KS: Hashimoto? Jak z tym żyje sportowiec?

MP: U mnie zdiagnozowano tę chorobę, gdy jeszcze nie była tak znana, bo w 2003 roku. Nie jest łatwo. Mój mąż mógłby więcej na ten temat powiedzieć 🙂

To jest emocjonalny rollercoaster. Trzeba umieć rozpoznawać objawy, wiedzieć czy to jeszcze ja, czy już Hashimoto.

KS: Jak to się objawiało?
MP: Jeśli nic się nie dzieje, a ty się drzesz na wszystkich i jesteś nadzwyczajnie wkurzona, to sygnał aby zwiększyć dawkę. Nieustanna, permanentna obserwacja swojego zachowania, reakcji organizmu. Żyję z tym już 14 lat. U mnie choroba objawiła się podczas bardzo intensywnych treningów. Nie przybierałam na masie i miałam silną anemię. Po sezonie położyli mnie do szpitala. Zrobiono mi gastroskopię, podczas której trudnością było przeprowadzenie sondy przez gardło. Moja tarczyca rosła „w głąb”. Endokrynolog od razu wiedział co to jest. To było novum, nigdy wcześniej o tej chorobie nie słyszałam i reszta świata zdaje się, że też nie.

Narzeczony przyszedł mnie odwiedzić i gdy zapytał co mi jest, odpowiedziałam „nie wiem, jakaś Hiroszima”

Po ciąży uaktywniły się u mnie alergie pokarmowe i być może są one konsekwencjami Hashimoto. Gdy przeanalizowałam swoje życie, to rzeczywiście zawsze miałam problemy z zatokami, a to mogło być uczulenie na laktozę i gluten. Dodam, że przysłowiową połowę życia spędziłam we Włoszech, a więc mozzarella, chrupiące bagietki, pizza itd. Czasem nachodzą mnie myśli, że gdybym została wcześniej zdiagnozowana, może moje wyniki sportowe byłyby jeszcze lepsze.

KS: Nie ma co gdybać, bo i tak odnotowała Pani sukcesy absolutne…

MP: O tak. Przy moim lęku wysokości i Hashimoto odniosłam naprawdę wielkie sukcesy, bez dwóch zdań.

KS: A ten największy sukces sportowy. Co się dzieje w głowie, w sercu po takim przeżyciu?

MP: Przede wszystkim zadowolenie, aczkolwiek jest też niezadowolenie. Bo w sportach wysokościowych zawsze się kończy przegraną.

KS: Jak to?

MP: Już tłumaczę. Aby zakończyć trzeba oddać trzy próby nieudane. Inaczej jest na przykład w skoku w dal. Tam jest sześc prób i koniec. Tu można skakać „do oporu”, kończysz po trzech nieudanych. To paradoks. Pod względem psychicznym jest to bardzo trudne, bo za każdym razem jest uczucie, że można więcej.

KS: Włącza się wewnętrzny, nieustępliwy krytyk?

MP: W sporcie to jest fajne i motywujące ale moja perfekcyjność trochę utrudnia życie codzienne. Znakomicie to określił, podczas wywiadu radiowego Sławek Szmal, mówiąc, że nawet gdy myję okna, muszę osiągnąć mistrzostwo, zatem pałeczkami do uszu z zakamarków bezlitośnie wyczyszczę każdy brud. W radiu ta cecha była bardzo przydatna. Wyszło mi to więc na dobre, bo gdy sportowiec kończy karierę i wychodzi na rynek pracy w czasie, gdy jego rówieśnicy już mają poukładane życie zawodowe, wszystko musi robić na dwieście procent. Mój radiowy przełożony, Tomek Chaciński stwierdził, że w trzy lata nauczyłam się tego, na co inni często potrzebują dziesięciu i więcej. W tym pomogła mi także cecha zbytniego nie rozpamiętywania ani porażek ani sukcesów. Tego uczy sport. Jest nowe rozdanie, nowy dzień.

KS: Skąd pomysł na radio?

MP: Zadzwonili do mnie, gdy dowiedzieli się, że kończę karierę. Nie przyszło mi do głowy, że będziemy rozmawiać o prowadzeniu audycji. Sądziłam, że chodzi o mój wizerunek sportowy. Myślałam, że mój głos się nie nadaje. To była wspaniała przygoda. Dużo wyzwań. Radio nauczyło mnie bardzo wiele. Czerwona lampka i naście sekund na powitanie. To wielka sztuka nagle i w kilka sekund wypowiedzieć, ładnie i składnie wszystko co się miało na myśli. Przygotowywanie do audycji, świadome operowanie swoim głosem, to ogromne i bardzo przyjemne doświadczenia. Nauczyłam się myśleć zwięźle i krótko. Umiem stawiać kropki, zaczęłam zwracać uwagę w jaki sposób mówię. Nie pochodzę z rodziny wykształconej, jestem pierwszą, która ukończyła studia. Zaczęłam przykładać do tego dużą wagę. Syna nieustannie poprawiam, zamęczam nauką prawidłowego mówienia. Na razie idzie opornie (śmiech) ale w dobrą stronę.

KS: Trudno było oddać synka w „obce ręce”? Czym kierowała się Pani przy wyborze placówki?

MP: Zaczęliśmy przygodę już w żłobku.

Trudno mi było znaleźć miejsce dostosowane do moich potrzeb i nienormowanego czasu. Poza tym, nie szukałam mamki, kogoś kto nawkłada do głowy mojego dziecka swoją osobistą filozofię, moralność i zasady. Szukałam instytucji, która raczej realizuje program, gdzie jest świadomy i światły dyrektor, gdzie będę miała wpływ na to, co się dzieje z dzieckiem, gdzie jest skuteczny i realny nadzór na wychowawcami. Gdzie mam pewność, że pracuje właściwie dobrana kadra. Nie chciałam tzw. cichej, niańczynej indoktrynacji.

Często polegam na intuicji. Gdy tam weszłam, od razu poczułam się jak w domu. Ufam swoim odczuciom i pierwsze wrażenie jest dla mnie ważne. W Nutce poczułam, że to jest to miejsce. Czasem trudno to wyjaśnić. Przeczytałam wiele książek, wysłuchałam doradców, mam, babć, lekarzy ale przyjęłam system intuicyjny. Owszem słucham świata ale robię tak, jak czuję. Tak też było z przedszkolem. Dni otwarte pokazały, że moje dziecko od pierwszej godziny czuje się tam dobrze. Jest tak do dziś. Czasem oczywiście jest płacz mój i syna, ale dużo z nim rozmawiam Mówię czasem: „Ty płaczesz 5 minut a mama przezywa cały dzień”. On rozumie, choć tęskni, wiadomo:) Przy wyborze placówki liczyło się dla mnie pierwsze wrażenie i się nie zawiodłam. Jesteśmy tam już czwarty rok. To świadczy o moim ogromnym zaufaniu. To niemierzalne ale prawdziwe i szczere emocje. Mieszkam trochę daleko od tego przedszkola i często mam tzw dzień świra. Mogłabym go przenieść bliżej, ułatwić sobie życie, ale nie chcę go wyrywać z tak dobrego miejsca. a także przyjaciół.

KS: Dziecko zaopiekowane więc jest czas na pracę. Co dalej po radiu? Jakie plany zawodowe?

MP: Od dwóch lat pracuję w hali widowiskowo-sportowej Azoty Arena w Szczecinie. Odpowiadam za kontakty z mediami. Radio było głównym zajęciem. Tutaj nie jestem potrzebna na cały etat, bo większość wydarzeń ma swoich koordynatorów i rzeczników. W ostatnich miesiącach poprosiłam o przerwę w radio, bo zakładałam fundację. Dodam, że to była droga przez męki. Udało się ale największym wyzwaniem było samo zarejestrowanie, zwyczajne formalności. Czas oczekiwania był niemiłosiernie długi.

KS: Czym zajmuje się fundacja?

MP: Wspieramy młode talenty wraz z jedną z dużych spożywczych firm fundujemy stypendia młodym, zdolnym sportowcom w całej Polsce. Długo przy tym chodziłam. Już kilka lat temu wraz z jedną z ogólnopolskich redakcji założyliśmy fundusz wspierania młodych talentów. Zasilony został moim wynagrodzeniem za udział w spocie reklamowym. Mam swoją wielką radość, malusi odłamek cegiełki, nie śmiem powiedzieć, że więcej w sukcesach naszej biegaczki Sofii Ennaoui, która dotarła do finału olimpijskiego w RIO. Moim wielkim marzeniem jest, żeby sportowiec korzystający z tego funduszu zakwalifikował się wysoko w rozgrywkach.

KS: Jak to wygląda technicznie? Jak kwalifikujecie podopiecznych fundacji? Czy każdy może się zgłosić?

MP: W fundacji jest Rada (Funduszu Stypendialnego): Maciej Kurzajewski, Aleksander Doba i ja. Wybieramy dziesięć osób. Wniosek może złożyć każdy: szkoła, rodzice, trenerzy. Będę także na własną rękę szukać zdolnych sportowców. Cześć stypendium przeznaczymy na osobę wytypowana przeze mnie. Ja również byłam stypendystką fundacji lekkoatletycznej. Wiem ile to dla mnie znaczyło. Moi rodzice nie byli zbyt majętni. To bardzo ważne, aby młody człowiek mógł np. podczas zgrupowania coś sobie kupić, czasem drobiazg, wysłać kartkę rodzicom.

KS: Lubi Pani eksperymentować z modą? Hollywoodzka kreacja podczas ostatniej Gali świadczy o dobrym guście, wyczuciu stylu.
MP: Trochę się bałam tej sukienki, długiego trenu. Jak go ciągnąc za sobą, nosić, jak się nie potknąć? Miałam obawy, że jest zbyt odważna i jestem mile zdziwiona, bo czułam się w niej nadzwyczaj swobodnie. Generalnie przyjęłam zasadę, że na bal ubiera się suknie balowe, nie koktajlowe. Ta gala odbywa się raz w roku, nazwa i formuła imprezy zobowiązują do ubrania się zgodnie adekwatnym dress codem. Cieszę się, że w tym roku tak dużo dziewczyn ubrało się w suknie balowe. Wyglądały przepięknie, Anita Włodarczyk, wioślarki. Każdy do tego dojrzewa. Ja miałam na sobie suknię Violi Piekut, podobnie jak Anita.

KS: Czy na co dzień dbałość o ubiór i wygląd jest na galowym poziomie? Chaos czy porządek modowy?

MP: Jestem zwyczajna jak inne kobiety, czasem robię sobie „pidżama all Day party”. Trochę dziwnie się tylko czuję gdy przychodzi listonosz (śmiech). Zdarza mi się wychodzić z domu bez makijażu, nawet częściej niż „z”. Biję pokłony za suche szampony. Gdy byłam czynna sportowo głowę musiałam myć czasem nawet trzy razy dziennie, wiec gdy dziś mam myć głowę to czasem łapię szybko za suchy szampon. Także czapka w zimę to zbawienie (śmiech). Może niektóre panie mnie potępią ale tak jest. Przy dziecku, zwłaszcza małym często zapomina się o wyglądzie, z czasem  przychodzi refleksja, gdy się spojrzy w lustro ale nie za często.

KS: Wracając do pracy…Przyszłość zawodowa to fundacja?

MP: Tak. Obecnie czekamy na decyzje o dofinansowanie projektu „Alternatywne Lekcje WF” i zakupu symulatorów sportowych. Chcemy pokazać dzieciom najwyższy poziom sportu, jak to jest zmierzyć się np z Mają Włoszczowską czy Arturem Borucem. Potrzebny będzie spory budżet ale cel jest bardzo słuszny.

Przewrotnie i trochę podstępnie wykorzystamy technologię aby dzieci od niej odciągnąć, zachęcić do zwykłej, tradycyjnej aktywności sportowej. Pokażemy, że sport to nie łatwe klikanie, że trzeba włożyć coś więcej, jakąś pracę, aby dotrzeć do wysokiego poziomu. Planujemy dotrzeć do 12 000 dzieci w 60 – ciu szkołach, w kilku województwach. Duże logistycznie przedsięwzięcie.

Rozpisujemy także projekt na dofinansowanie działań sportowych w obszarach wiejskich „Inne lekcje wf”. Planujemy w mniejszych miejscowościach organizowanie lekcji z pokazaniem nieznanych w Polsce gier zespołowych z różnych zakątków świata. Chciałabym też trochę rozruszać rodziców, a więc i mamy. Aby wyszły z domu. Dzieci są naszym lustrem, więc bardzo mi zależy na współpracy z dorosłymi, aby ich dzieci się na nich wzorowały.

KS: Dużo bardzo poważnych, ambitnych i trudnych wyzwań, ale jak rozumiem z Pani charakterem i sportowym temperamentem nie można iść na łatwiznę. Jak Pani zachęci kobiety, mamy aby wspierały takie działania własnym przykładem?
MP: Chyba będę się powtarzać, ale to my jesteśmy drogowskazem dla naszych pociech, jesteśmy pod ciągłą obserwacją. Dzieci widzą nasze radości i smutki, nasze zaangażowanie w nasze pasje, to jak spędzamy wolny czas,  co jemy. To jest najlepszy czas, by nauczyć dziecko dobrych nawyków w każdej dziedzinie. Jem zdrowo mój syn również, jestem aktywna moje dziecko chce być aktywne razem ze mną. I tak wyliczać można długo.

Warto pomyśleć o sobie, bo my mamy, żony, partnerki nieustająco myślimy o innych. Zapewne każda zna to uczucie, kiedy daje z siebie wszystko, ma wiele na głowie, a docenienie, pochwały nie spływają, bo nasze olbrzymie starania staja się naturalne i wszyscy się do nich przyzwyczajają. Bo mama zawsze stoi na posterunku. Dla mnie też moje dziecko jest moją największą pasją, ale trzeba uważać, żeby go tą miłością nie zadusić 🙂

Może to egoistycznie zabrzmi, ale robiąc coś tylko dla siebie również uczymy pozytywnych cech nasze dziecko. Młody człowiek szybko się nauczy, że każdy musi mieć chwilę wytchnienia – chwilę dla siebie.

KS: Dziękuję za rozmowę

MP: Dziękuję

 

Foto: Archiwum prywatne,

By Sławek – Pyrek Monika, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2982327

M. Biczyk- www.monikapyrek.pl